wstecz
Bez dyrektora sportowego ani rusz?

Częste zmiany w trakcie sezonu, brak długofalowej polityki transferowej i trenerzy zwalniani po dwóch kolejkach – mało który polski klub koszykarski może pochwalić się planem rozwoju na kilka lat do przodu. Mało który również ma dyrektora sportowego z prawdziwego zdarzenia. Jednak czy do funkcjonowania na wysokim poziomie taka osoba w zespole jest faktycznie potrzebna?

– Rozmowa o dyrektorach sportowych w polskiej koszykówce to trochę jak rozmowa o Yeti. Podobno gdzieś są, ale nikt ich nie widział – mówi Mirosław Noculak, trener i były dyrektor sportowy w Polskim Związku Koszykówki.

Oficjalnie bądź nieoficjalnie na 16 klubów Polskiej Ligi Koszykówki tylko połowa z nich zatrudnia dyrektora sportowego. Dlaczego tylko tyle? Zdaniem Rafała Jucia, skauta Denver Nuggets, powody są dwa.

– Po pierwsze, jest bardzo mało kompetentnych ludzi na to stanowisko, a z jakiegoś powodu liga i federacja za bardzo nie wykorzystuje byłych graczy. A po drugie, ważne są finanse. Jeden z prezesów klubu w Polsce powiedział mi raz, że jak budujesz dom i ledwo co stać cię na płot i ogrodzenie, to nie myślisz o jacuzzi.

Ta analogia wydaje się o tyle ryzykowna, że jacuzzi w domu można potraktować jako ekstra dodatek, fanaberię, bez której spokojnie można się obejść. Czy w przypadku zarządzania profesjonalnym klubem dyrektor sportowy jest faktycznie zbędny?

Jaka powinna być rola dyrektora? 

– Może się wydawać, że dyrektor sportowy zbiera skład, a potem już nic nie musi robić. To nieprawda. Zawsze coś się dzieje, na przykład wybucha konflikt trenera z zawodnikiem. Wtedy dyrektor sportowy pełni też rolę mediatora. Już nie mówiąc o analizie całego procesu czy dyskutowania z trenerem. Taka osoba nie powinna siedzieć na ławce, tylko gdzieś na trybunie i analizować mecz. A potem rozmawia z trenerem, co można zrobić lepiej. I to jest funkcja, której u nas w kraju nikt nie rozumie – zaznacza Noculak.

Nawet jeśli na poziomie ekstraklasy dyrektorzy sportowi są, rzadko kiedy są to byli koszykarze czy trenerzy. W tym kierunku próbuje iść drugoligowa KKS Polonia Warszawa, w której tę funkcję pełni były zawodnik m.in. Legii czy Polonii, Tomasz Jaremkiewicz.

– Jako dyrektor sportowy mam cały czas zapieprz. Organizuję skład w podanym przez właścicieli budżecie, prowadzę negocjacje z zawodnikami, dopasowuję kadrę do wymagań trenera i specyfiki ligi. Jeśli chodzi o to ostatnie, to przykładowo przymierzaliśmy się do gry bez centra, bo w drugiej lidze raczej nie ma dominujących środkowych. Można powiedzieć, że staraliśmy się zrobić wersję small-ball na drugą ligę.

– Umiejętność zbudowania składu pod konkretnym kątem to coś, co dyrektor sportowy powinien potrafić – potwierdza Nicola Alberani, dyrektor sportowy klubu SIG Strasbourg, grającego w Lidze Mistrzów FIBA.

– Uważam, że zespoły takie jak nasz – czyli z dobrym budżetem, ale nie czołowym w lidze – powinny zdecydować, jaka będzie ich boiskowa tożsamość. Czy będziemy grali super-agresywnie w obronie, czy będziemy dużo biegali, czy chcemy budować naszą siłę na rzutach z obwodu i tak dalej. Jeśli nie masz największych pieniędzy, musisz wyróżniać się czymś innym. A budowanie takiej tożsamości powinno zaczynać się od trenera.

Organizacja to podstawa

W strukturze NBA dyrektorzy sportowi są zawsze wyżej niż trenerzy. Po zakończeniu poprzedniego sezonu Brad Stevens przestał pełnić funkcję trenera Boston Celtics, przejął za to stanowisko generalnego menedżera od Danny’ego Ainge’a. Zostało to odebrane jako awans, mimo że przecież utrata posady trenera wiązała się z nie do końca pozytywną oceną jego pracy. A jak jest w Polsce i Europie?

– W Polsce w wielu przypadkach w klubach rządzi lokalny biznes albo spółki skarbu państwa i ludzie chcą uzasadnić swoją pozycję, wchodząc w rolę takiego dyrektora sportowego. A żeby robić to efektywnie, potrzebna jest odpowiednia struktura – mówi Rafał Juć.

– Moja relacja z trenerem jest trochę jak męża z żoną. Wybierasz sobie żonę, ale potem musisz zapewnić jej jak najlepsze warunki. Owszem, kluby mogą pracować poprzez konsultantów, ale to nie to samo. Oni nie są z drużyną przez cały czas, nie czują atmosfery, jaka w niej panuje, a poza tym dość często tacy ludzie pracują dla kilku klubów naraz. Wtedy może tworzyć się konflikt interesów – zaznacza Nicola Alberani.

Ponadto, jak podkreśla Mirosław Noculak, dyrektor sportowy powinien sprawować nadzór nad sztabem szkoleniowym. – Przy czym zaznaczam, że chodzi o nadzór, a nie kontrolę. Jako dyrektor sportowy PZKosz miałem kiedyś taką sytuację – pojechałem z kadrami młodzieżowymi na mistrzostwa Europy. Jeden z asystentów trenera skakał przy linii bocznej, wymachiwał rękami, coś krzyczał. A powinien siedzieć, mieć chłodny umysł, analizować to, co się dzieje na boisku i przekazywać uwagi. Po pierwszym meczu poprosiłem głównego szkoleniowca o spotkanie i mówię mu: „Panie trenerze, ma pan na ławce cheerleaderkę. To jest niemożliwe, żeby asystent się tak zachowywał. Albo pan mu to powie, albo ja”. To wydaje się śmieszne, ale to była ważna sprawa. To było po pierwszym meczu, graliśmy o awans, a tu takie rzeczy się dzieją. Dlatego mówię o nadzorze, a nie kontroli czy mówieniu, kogo kiedy trener ma wpuścić na boisko.

Z jednej strony w Polskiej Lidze Koszykówki znajdziemy bowiem przykłady, kiedy przez kluby w trakcie jednego sezonu przewija się nawet i 20 graczy, z drugiej jednak – te same kluby w ostatnich latach zdobywały mistrzostwo Polski. Czyli da się wygrywać na najwyższym poziomie w Polsce bez funkcji dyrektora sportowego. W takim razie czy zatrudnianie takiej osoby na cały etat ma sens?

– Jak popatrzymy, ile polskie kluby płacą za licencje, bilety lotnicze dla nowych zawodników, za rozwiązywanie kontraktów, to te kwoty dochodzą czasami do 100-200 tysięcy złotych w ciągu roku. Za takie pieniądze spokojnie można by mieć w klubie dyrektora sportowego, który upewniłby się, że tyle zmian nie jest potrzebnych, a mielibyśmy pewnego rodzaju kontynuację, bo teraz trenerzy budują sami siebie i odchodzą ze wszystkimi swoimi kontaktami, a prezesi są potem zostawieni sami sobie – ocenia Rafał Juć.

Nicola Alberani zaznacza również, że ta praca trwa nie tylko w przerwie między sezonami. – Dla mnie nie ma czegoś takiego jak sezon. A w zasadzie on trwa cały rok. Zawsze to ja wychodzę z propozycjami, kogo zatrudnić w naszym klubie. Trener nie ma czasu na przeglądanie rynku, to praca na cały etat. Skauting to nie tylko poznawanie koszykarzy na boisku, ale także poza nim.

– Do tego dochodzą agenci, którzy wciskają zawodników klubom i trzeba mieć bardzo dużą wiedzę i być kozakiem większym niż oni, żeby ich spuszczać z niektórymi ich propozycjami. To poważne zagadnienie – prezes klubu, który nie ma pojęcia o koszykówce, a uważa, że się na niej zna, trener, któremu powierza się wszystkie zadania, i do tego sfora agentów, którzy wciskają graczy – i nieszczęście gotowe – uważa Mirosław Noculak.

Inwestycja na lata 

Nie istnieje jednak nic takiego jak szkoła dla dyrektorów sportowych. Jak więc nauczyć się tego fachu i jakie cechy powinna mieć osoba na tym stanowisku?

– Dobry kontakt z zawodnikami to podstawa, a przy okazji odnajdywać się w spotkaniach biznesowych. Ja staram się zrozumieć potrzeby graczy, na czym im zależy, co chcą mieć w kontrakcie. No i taka osoba powinna żyć koszykówką. Z ostatniej kolejki pierwszej ligi obejrzałem cztery mecze, nasz z drugiej ligi i preaseason NBA Nets-Lakers, do tego mecz ACB Realu Madryt z Teneryfą, z ekstraklasy ze dwa mecze i nagle w cztery dni robi się z tego 15 spotkań – wylicza Tomasz Jaremkiewicz.

Rafał Juć dodaje, że równie ważne są tak zwane umiejętności miękkie. – Na pewno musi być to osoba wyrazista, która umie się komunikować i gasić konflikty, badać, co się dzieje w środku organizacji. Potrzebne jest doświadczenie koszykarskie, sportowe. Z mojego doświadczenia wynika, że najlepszymi osobami na tej pozycji są tacy, którzy wcześniej byli w roli trenera czy zawodnika. Mówiąc metaforycznie, dyrektor sportowy jest jak koszula – najbliżej ciała, ale nigdy się nie wyróżnia i nie jest na pierwszym planie. Bez niej wszystko inne nie miałoby sensu.

– Dyrektor sportowy nie jest gwarantem sukcesu, ale na pewno minimalizuje ryzyko i jest buforem bezpieczeństwa. Posiadanie dyrektora sportowego to model zawodowy na lata, a nie na jedno mistrzostwo i tyle. A tego u nas niestety nie ma – kończy Mirosław Noculak.

autor: Radosław Spiak

zdjęcie: Andrzej Romański/PLK.pl