wstecz
ign

Cycek, Igi i Jelonek – jak oni mogą, to i pies zagra

Coraz częstsze i coraz mniej zdumiewające są wyznania sportowców, dla których rywalizacja jest jedynie codzienną pracą zawodową – z tą jedynie przykrą różnicą, że nie mogą opuścić biura o 17, a jeszcze muszą zasuwać po weekendach. Po drugiej stronie medalu mamy przedstawicieli nieco starszego pokolenia, którzy na sporcie zjedli zęby, a po decyzji o przejściu na emeryturę wstawili sobie sztuczną szczękę, by zjeść je na nowo. Rafał Cychowski, Michał Ignerski i Ireneusz Jeleń – trzy przykłady takich, co bez rywalizacji nie mogą żyć. 

Paczka pościga Cycka na lodzie

Rafał „Cycek” Cychowski to weteran polskich lodowisk. Były zawodnik m.in. Zagłębia Sosnowiec, KH Sanok czy GKS-u Tychy rozegrał w Polskiej Hokej Lidze ponad 600 meczów, dwukrotnie w tyskich barwach zakładając srebrny medal. Choć Cycek nigdy na salony nie zawitał (bliżej mu było do ławki kar, na której spędził prawie 17 godzin), kończąc karierę w 2013 zapisał się w annałach polskiego hokeja jako solidny defensor z ciągiem na bramkę. 

8 lat później jego nazwisko na nowo pojawiło się na ustach kibiców – tym razem jednak w mniej przychylnym tonie. Na ponowne założenie przez Cycka łyżew odpowiedziano zgłoszeniem do młodzieżowych rozgrywek… psa. Ale po kolei. 

W Polsce nie ma silnego zaplecza dla PHL. Z tego względu ci zawodnicy, dla których ekstraklasa ma za wysokie progi, trafiają do Młodzieżowej Hokej Ligi, w której żaden przepis nie reguluje górnej granicy wiekowej. Przykładowo, drużyna ŁKH Łódź w MHL ma średnią wieku wynoszącą ponad 23 lata. Inni zmuszani są więc sięgać po weteranów, by dotrzymywać pozostałym tempa. Brzmi kuriozalnie i – zdaniem wielu – jest kuriozalnie.

Dlatego, kiedy Stocznowiec Gdańsk „wygrzebał” z szafy 43-letniego Rafała Cychowskiego, w środowisku zawrzało. Sam Cycek na co dzień rywalizuje z oldbojami, a nagle, ni stąd ni zowąd, Marek Kostecki zaproponował mu rolę grającego trenera. – Jeśli zajdzie taka potrzeba, to może wystąpię w jakimś meczu ligowym. To jednak tylko po to, aby pomóc drużynie, a samemu dobrze przygotować się do Mistrzostw Polski Oldbojów – mówi portalowi hokej.net. 

Szczególnie zbulwersował się Joseph Kolodziej, właściciel HK Opole, na mecz przeciwko którym Stoczniowcowi nie udało się zebrać składu. – Z wielką przyjemnością Opole HK ogłasza podpisanie Paczki Kołodziej Defence urodzonej w Krakowie Polska – tak zatytułował list wysłany do związku PHL. Paczka to jego pies. – Czuliśmy, że odkąd PZHL żartuje z rozwoju hokeja graczy, pozwalając 43-latkowi grać w MHL, że powinniśmy być w stanie podpisać polskiego obywatela, aby ścigać tego gracza na lodzie – czytamy w liście. 

Żarty żartami, ale chcielibyśmy to zobaczyć.

Buduje osiedla i drużyny młodzieżowe

Michał Ignerski zrobił taką karierę, o której może pomarzyć prawie każdy polski koszykarz. Na polskim podwórku triumfował w mistrzostwach kraju i Pucharze Polski, a za granicą zakładał koszulki sobą klubów z Hiszpanii, Rosji, Włoch, Francji i Turcji, gdzie w Beşiktaşie dzielił parkiet z Allanem Iversonem. Karierę zakończył dwukrotnie – najpierw w 2016, potem, zdobywając po drodze złoty medal z Anwilem, w 2019.

W międzyczasie wraz z małżonką osiadł w jej rodzinnych stronach, w Nysie, gdzie rozkręcił firmę deweloperską IgnerHome. Gustowne osiedla w centrum Świdnicy – znakomity biznes. Serce jednak ciągnęło Igiego nie na plac budowy, a z powrotem na parkiet. Z tego względu wydzielił część budżetu swojej firmy na inwestycję w lokalny basket, stawiając sobie za cel promocję swojej ukochanej dyscypliny wśród młodzieży w piłkarsko-siatkarskim mieście. 

A on sam, płynnie przeskakując między krawatem a butami do kosza, objął rolę grającego prezesa IgnerHome Basket Nysa. – Bawię się grą w koszykówkę. Chodzę raz na dwa tygodnie na treningi i muszę przyznać, że taka dawka jest dla mnie obecnie optymalna – śmieje się w jednym z wywiadów. I trudno się z nim nie zgodzić, bo 41-latek notuje średnio 19,4 punkta, do czego dokłada ponad 10 zbiórek. A tworząc klub dla młodzieży, z ambicjami patrzy w przyszłość. 

Dwa Jelenie w Cieszynie

Ireneusza Jelenia nie trzeba nikomu przedstawiać. Jeszcze zanim niebiosa zesłały na polskie boiska Roberta Lewandowskiego, to właśnie jego występami m.in. we francuskim Auxerre żył cały naród. Kto nie widział jego bramki z linii końcowej przeciwko PSG, ten niech… no nie, na pewno każdy widział. 

Kiedy w 2012 trafił do LOSC Lille, reprezentacja Polski na swoim kanale YouTube opublikowała niezwykle lakoniczny „wywiad’, w którym Jelonek odpowiadał jednym słowem na szereg pytań. Ulubione miejsce na ziemi? Cieszyn. Ten sam Cieszyn, w którym podczas dyskoteki poznał żonę, Annę. W którym dorabiał jako „mrówka” przemycając papierosy z Czech. W którym uzyskał tytuł zawodowy malarza-tapeciarza. Ale przede wszystkim Cieszyn, w którym poznał i pokochał futbol. 

I dzisiaj, jako prezes CKS-u Cieszyn, stawia sobie za cel rozkochać w piłce nożnej nowe pokolenie. Przed laty, Piast Cieszyn rozbił się na dwa mniejsze kluby. Jeden z nich postanowił kontynuować dotychczasowe tradycje, a drugi – właśnie pod wodzą Jelenia – postawił na młodzież. 

CKS gra więc w A-klasie składem złożonym z wychowanków i… 40-letniego Jelenia na „szpicy”. Jak Ignerski, również kończył karierę dwukrotnie – najpierw w 2013, dość niespodziewanie i nagle. Stracił wówczas radość z gry, zawiesił buty na kołku i kompletnie uciął kontakty ze środowiskiem. Długo jednak nie wytrzymał i rok później założył barwy Piasta, pomagając w awansie do klasy okręgowej. W 2019 historia się powtórzyła – tym razem w CKS-ie wybiegł na boisko u boku syna, Jakuba.

Fot. Andrzej Romański, Wiki Commons, Creative Commons Attribution-Share Alike 3.0