wstecz

Dlaczego Sousa wyjeżdża do Rio? Ma już wpis do CV i zdjęcie z Lewym

Paulo Sousa dokonał niemal niemożliwego – sprawił, że siedzącym przy świątecznym stole Polakom nagle na chwilę zbrzydła sałatka jarzynowa, a nawet najzimniejsza wódka nie chciała przejść przez gardło. Przede wszystkim jednak, co trzeba mu oddać, na chwilę wszystkich pogodził – kiedy gruchnęła wieść o jego wyjeździe do Brazylii, wszyscy Polacy, jak jeden mąż, obrócili się przeciwko niemu. Choć wiemy, że emocje jeszcze nie ochłonęły, spróbujemy się zastanowić co mogło kierować Portugalczykiem.

Rozstanie Paulo Sousy z PZPNem nie jest jeszcze niczym oficjalnym. Po kilku dniach intensywnego wodzenia za nos (poprzedzonych miesiącami spekulacji), dziennikarzom udało się ustalić, że jest już po słowie z brazylijskim Flamengo. Trzy miesiące przed decydującymi o potencjalnym awansie na mundial w Katarze barażami, selekcjoner reprezentacji Polski wyskakuje za burtę.

 

Sytuacja iście groteskowa. Część kibiców czuje się upokorzona, inni – ci, którzy Portugalczykowi uwierzyli – rozczarowani, a jeszcze inni przez łzy napawają się pewną satysfakcją, bo nigdy nie byli do Sousy przekonani. W związku meksyk, Cezary Kulesza walczy o resztki honoru, jeszcze nie wiadomo co na to piłkarze. Chciałoby się jeszcze do tego chaosu dorzucić kawałek słynnego nagłówka – „motornicza bije brawo, a geje tańczą poloneza”.

Niemniej, klamka już zapadła. Jako rzecze stara prawda – z niewolnika nie ma pracownika. I Paulo Sousa już dresu z orzełkiem nie włoży. Gra toczy się już tylko o to, kto komu wypłaci odszkodowanie i kto komu wyciągnie więcej brudów. I w pewnym momencie, być może za długie lata od dziś, Portugalczyk siądzie naprzeciwko jakiegoś dziennikarza i opowie co go popchnęło do podjęcia tej decyzji.

1. „Słyszę śmiech tych głupich i grubych jak Tomaszewski”

Paulo Sousa nigdy nie był ulubieńcem polskiego środowiska medialnego. Szczególnie lubili dogryźć mu byli piłkarze, na czele z Janem Tomaszewskim. Samozwańczy ekspert, któremu słynny występ na Wembley dał dożywotni immunitet na wypowiadanie się w mediach, oskarżył Sousę już o wszystko. To przez niego Robert Lewandowski nie wygrał złotej piłki, to przez niego Polacy nie mają jeszcze biletów do Kataru, a mało brakowało, by wzorem słynnego oświadczenia pewnego środowiska kibicowskiego, wyrzucił mu też zabójstwo Chrystusa.

Ale Tomaszewski był jedynie wierzchołkiem góry lodowej. Sousa dostawał tłumaczenia wszystkich medialnych produkcji na swój temat i doskonale wiedział, jaką ma reputację. A sam wyrabiał sobie opinię o środowisku na konferencjach, na których zdarzało mu się dostawać pytania z kosmosu, m.in. o to, czy wolałby wygrać 3:0 czy 7:1…

 

2. Nie jest łatwo być selekcjonerem w kraju selekcjonerów

Nie było takiej decyzji Portugalczyka, która nie byłaby wzdłuż i wszerz podważona przez opinię publiczną. Cóż, taki urok tej pracy. Sousa jednak mierzył się ze zdwojoną krytyką, ze względu na to, że jest obcokrajowcem (i nie jest Jerzym Brzęczkiem, który heroicznie wywalczył awans na Euro). Polacy nie prali swoich przeciwników, nie uciszali większych od siebie – notowali przeciętne, proporcjonalne do swojego potencjału wyniki, po drodze dokładając miłe niespodzianki jak wyszarpane punkty Hiszpanom czy Anglikom. A tak być nie powinno. Nie po to zatrudniano trenera z Portugalii.

I owszem, manipulacją faktów byłoby przeoczenie dwóch największych blamaży, czyli porażek z Węgrami i Słowacją, które zamknęły dwie ważne furtki. Być może były to błędy selekcjonera, być może zawiodło wówczas wiele innych czynników. Nie było jednak nawet jednego kibica, który po szkodzie nie wiedział, że w jednym meczu nie powinno być Krychowiaka, w drugim powinien grać Lewandowski. I powoływany powinien być Szymański. I Fabiański. I Grosicki. A formacja powinna być taka i taka. A elegancka kamizelka była zbyt elegancka, nie przystoi.

3. Plaże Copacabany mają lepszy piasek od tych w Ustce

Sousa rzekomo miał przyznać, że marzył o ofercie z Brazylii. Najpierw romansował z Internacionalem, potem porozumiał się z Flamengo. Ci drudzy zdecydowali się uwierzyć w obecnego selekcjonera reprezentacji Polski, zamiast ponownie sięgać po Jorge Jesusa. Ten w Rio jest żywą legendą, choć nie spędził tam nawet całego roku – kibice wybrali go nawet najlepszym trenerem w historii. Sam wspomina, że pracował wówczas z najwyższej klasy piłkarzami w swojej karierze, zgarnął 5 trofeów (w tym Copa Libertadores), a w ojczyźnie odebrał order za kształtowanie wizerunku Portugalii za granicą.

To wszystko zadziałało Sousie na wyobraźnię. W Brazylii ma realne szanse na trofea, które ozłociłyby jego dotychczas ubogie CV. A to wszystko w znanym mu kręgu kulturowym, mówiąc w języku portugalskim i żyjąc w pięknym kraju. Choć Sousa nigdy w Polsce nie zamieszkał, pracując raczej „zdalnie”, nietrudno zrozumieć dlaczego marzył o wyjeździe za Atlantyk.

4. Paulo Sousa jest najemnikiem

Tak jest. Choć „najemnik” w futbolowych dyskusjach występuje niemal wyłącznie pejoratywnie, to iście naiwnym byłoby wierzyć, że Sousa do Polski przyjechał, bo kocha pierogi i pasjonuje się historią Rzeczpospolitej Obojgu Narodów. Otrzymał okazję na fajny wpis do CV, dożywotnią możliwość opowiadania o tym, jak prowadził najlepszego piłkarza świata, a także miał udział w międzynarodowej imprezie (do której nawet nie musiał się kwalifikować). Złote chwile, a to wszystko za zupełnie nieuwłaczającą pensję.

Choć każdy z kibiców chciałby wierzyć w co innego, Paulo Sousa nigdy nie czuł żadnej głębszej powinności względem polskiej reprezentacji. Stronił od ekstraklasy, z olbrzymią chęcią sięgnął po piłkarza, którego część środowiska nazwie „farbowanym lisem”, nie współpracował z polskimi trenerami, nie nauczył się nawet słowa w języku. Był tu na chwilę i sam nigdy nie czuł, że ktoś chce go utrzymać dłużej.

 

Cezary Kulesza, w „peaku” poparcia dla Sousy przypomniał, że ten ma kontrakt obowiązujący do końca eliminacji, z możliwością przedłużenia. Kwalifikacja do baraży rozciągnęła ten termin o kilka kolejnych meczów. Ciągła praca z nożem na gardle, choć dla jednej strony jest sprawą skali narodowej, to z perspektywy zawodowej sytuacja niestabilna i stresująca. Jeden mecz może znacząco zaważyć na jego całej przyszłości. W Brazylii prawdopodobnie dostanie kontrakt na minimum dwa sezony i będzie mógł pracować w spokoju. Możliwe, że za większą pensję, możliwe, że za mniejszą – on jeden wie jakie ma to znaczenie.

Nietrudno zrozumieć złość kierowaną w stronę Paulo Sousy i jego sztabu. W pewnym, znaczącym stopniu jest ona uzasadniona, bo sytuacja polskiej reprezentacji, w przeddzień kluczowych rozstrzygnięć, zrobiła się na wskroś szara. Trudno natomiast odeprzeć wrażenie, że cały lament ma swoje korzenie w zbyt pochopnie stworzonych oczekiwaniach. Zbyt mocno uwierzyliśmy, że obcokrajowiec, obojętnie jaki, zbawi polski futbol. Zbyt wcześnie daliśmy sobie wmówić, że za całym procesem stoi jakaś większa idea, a wszystko w swoim tempie zmierza w pewnym kierunku. A jednocześnie, zbyt mocno byliśmy przekonani, że reprezentacja Polski naprawdę ma znaczenie w światowej piłce.

A Paulo Sousa? Wczoraj przyszedł do pracy, jutro zapewne już nie przyjdzie.

Fot. YouTube Screen Łączy Nas Piłka

autor rafał hydzik