wstecz

Gorszy bliźniak, imprezowicz, zdrajca. Dziś legenda Ekstraklasy

Flávio Paixão przeszedł do historii Ekstraklasy. 37-letni Portugalczyk jest pierwszym obcokrajowcem, który znalazł się w elitarnym klubie 100, zrzeszającym piłkarzy mogących poszczycić się co najmniej setką bramek w najwyższej klasie rozgrywkowej w Polsce. Flávio, mimo że ma brata bliźniaka, jest wielkim oryginałem.

Nikt z zagranicznych piłkarzy przed Flávio Paixão nie strzelił 100 goli w ekstraklasie, a przed jej utworzeniem w 1. lidze. Byli obcokrajowcy przez wiele lat stanowiący o ofensywnej sile swoich zespołów. By nie szukać daleko, wystarczy wspomnieć Miroslava Radovicia w Legii Warszawa czy Marcusa Viniciusa Da Silvę w Arce Gdynia. Byli też tacy, którzy spędzili w tej lidze wiele lat, tułając się po różnych klubach, patrz: Vuk Sotirović (ŁKS, Zawisza, Jagiellonia, Śląsk, Pogoń), Vahan Gevorgyan (Wisła Płock, Jagiellonia, ŁKS, Zawisza), Préjuce Nakoulma (Górnik Łęczna, Widzew, Górnik Zabrze). Dobrze wspominamy też tych, którzy aż tak długo miejsca w Polsce nie zagrzali, ale strzelali aż miło: Nemanja Nikolić (Legia), Carlitos (Wisła Kraków, Legia), Angulo (Górnik Zabrze) czy nawet grający obecnie w Jagiellonii Jesús Imaz (wcześniej Wisła Kraków). Żaden jednak nie strzelił tylu bramek, co Flávio, który w sobotę przeszedł do historii.

  

Ze stoickim spokojem wykorzystał karnego w spotkaniu z Wartą Poznań. Kilka minut wcześniej otworzył wynik, trafiając na 1:0. Nikt mu już nie zabierze tytułu pierwszego obcokrajowca, który strzelił 100 bramek na poziomie najwyższej klasy rozgrywkowej w Polsce, choć na początku niewiele wskazywało, że kiedyś tego dokona.

Pół roku trenowania, zero gry

Do Polski trafił de facto z polecenia swojego brata. Brata bliźniaka, także zasłużonego i uznanego strzelca – Marco Paixão. Portugalczyk w latach 2013-2015 błyszczał w barwach Śląska Wrocław. Strzelał jak na zawołanie, szybko stając się ulubieńcem miejscowych kibiców. Miejska legenda głosi, że kiedyś ówczesny dyrektor sportowy Krzysztof Paluszek zapytał go, czy nie zna innych tak skutecznych piłkarzy, którzy mogliby dołączyć do Śląska. Bez skrępowania odparł, że jego brat bliźniak gra w piłkę jeszcze lepiej niż on. Początkowo przyjęto to z przymrużeniem oka, ale potem postanowiono to sprawdzić.

Największy problem polegał na tym, że Flávio miał ważny kontrakt z irańskim Tractorem Sanzi. Tzn. teoretycznie ważny, bo Portugalczyk twierdził, że Irańczycy zalegają mu duże pieniądze i zgodnie z przepisami FIFA postanowił jednostronnie wypowiedzieć umowę. Na jego nieszczęście Tractor Sanzi postrzegał to inaczej i choć sam piłkarz był już we Wrocławiu, przeszedł testy medyczne i ustalił warunki kontraktu, nie mógł być zgłoszony do rozgrywek. Jego były pracodawca odmawiał wydania certyfikatu.

Sprawa trafiła do FIFA, ale zanim została przetrawiona przez wszystkie odpowiedzialne za to komórki, minęło prawie pół roku. W tym czasie Flávio trenował z pierwszą drużyną Śląska, ale trener Tadeusz Pawłowski nie mógł brać go pod uwagę przy ustalaniu kadry meczowej. Kiedy już udało się zgłosić go do rozgrywek, trzeba było wykazać się sporą cierpliwością i zrozumieniem, bo brakowało mu regularnych występów. Zadebiutował w marcu, a pierwszego gola strzelił dopiero w maju, kończąc sezon z jednym trafieniem i jedną asystą.

(Nie)Gorszy bliźniak

Po pierwszych meczach pojawiły się kpiny, w których było sporo racji. Można było odnieść wrażenie, że na boisku widzi wyłącznie swojego bliźniaka. Bracia Paixao podawali głównie do siebie i starali się dwójkowymi akcjami rozstrzygać mecze na korzyść Śląska. Pawłowski potrzebował miesięcy, by przestawić myślenie w głowie Flávio, ale warto było czekać. Sezon 2014/15 to 18 bramek i 5 asyst. Okazało się, że Marco nie bajdużył – Flávio, nawet jeśli nie był lepszy, to z pewnością nie słabszy niż on.

Kiedy stał się ulubieńcem wrocławskich trybun, wszystko uchodziło mu płazem. Jako piłkarz był profesjonalistą, a jako człowiek – typowym południowcem. Z jednej strony potrafił schodzić z treningów jako ostatni, by np. jeszcze potrenować stałe fragmenty, z drugiej – stały bywalec wrocławskich klubów i restauracji. Jeden z byłych pracowników biura prasowego Śląska żartobliwie powiedział kiedyś, że w bardzo popularnym wśród obcokrajowców we Wrocławiu klubie „Mundo” (dziś już nieistniejącym) był na ty z ochroniarzami, szatniarzami, barmanami, a nawet DJ-em.

Typowy przykład tego, że kiedy żre, to obecność na mieście nikomu nie przeszkadza. O nocnych wojażach Flávio wiedzieli wszyscy: koledzy z zespołu, zarząd, kibice i dziennikarze. Ci pierwsi potrafili się podśmiechiwać, że na wspólne wypady czy kolacje chodzi sam. Długo nie było u jego boku żadnej kobiety, co budziło niezdrowe domysły. Zresztą Flávio sam sobie nie pomógł, mówiąc w jednym wywiadzie, że jego dziewczyną jest… piłka. Szybko jednak wyjaśniło się, że Portugalczyk w tamtym okresie po prostu niespecjalnie szukał stałego związku. Resztę każdy może dopowiedzieć sobie sam. Jego życie prywatne zmieniła dopiero Dominika, z którą związał się na stałe i jest do dziś.

Zdrada

Choć dla Śląska zrobił wiele dobrego przez dwa lata, to jego odejście wzbudziło ogromny niesmak. Wszystko przez okoliczności i bezczelne tłumaczenie. W styczniu 2016 roku tuż przed powrotem piłkarzy z urlopów poprosił o dodatkowy dzień wolnego. Tłumaczył to ważnymi powodami rodzinnymi. Szybko okazało się, że owe „ważne powody rodzinne”, to wizyta w Gdańsku i podpisanie obowiązującego od 1 lipca 2016 roku umowy z Lechią.

Mógł to zrobić, bo jego kontrakt ze Śląskiem wygasał za mniej niż pół roku, ale prezes WKS-u Paweł Żelem się wściekł. Flávio obiecał mu, że w pierwszej kolejności siądą do rozmów o przedłużeniu umowy w stolicy Dolnego Śląska. Portugalczyk całkowicie to olał, kiedy dowiedział się, że może znów grać ze swoim bratem, który po półrocznej przygodzie w Sparcie Praga (ze Śląska odszedł za darmo, bo WKS nie był w stanie spełnić jego wymagań finansowych) wrócił do Polski i związał się z Lechią. Dosłownie kilka dni później gdańszczanie reaktywowali duet bliźniaków, który kilka miesięcy wcześniej trząsł ekstraklasą.

Kolejne rozstanie i życiowa stabilizacja

Los ponownie rozdzielił braci Paixão dopiero po dwóch i pół roku. Marco poddał w konflikt z ówczesnym nowym trenerem Piotrem Stokowcem. Został zesłany do rezerw, ale nie wytrzymał tam długo i odszedł do tureckiego drugoligowca, z którym później – sięgająć po koronę króla strzelców – zrobił awans. Tym razem nie pociągnął za sobą brata, gdyż ten – do tej pory skaczący z kwiatka na kwiatek kolorowy ptak – zakochał się. Zakochał się w Gdańsku, Lechii, polskim morzu, a przede wszystkim w pięknej blondwłosej Dominice. Dla niej nauczył się mówić po polsku, z czym przez lata miał problem. A raczej go nie miał, bo po prostu się nie uczył.

Flávio ustabilizował się życiowo i podpisał nowy kontrakt, bo mimo upływu lat nie zatracił skuteczności. W ostatnich miesiącach napastnik, który we wrześniu skończy 38 lat, nie zawsze jest pierwszym wyborem trenera Tomasza Kaczmarka, ale nawet wchodząc z ławki, daje jakość. Wejście do klubu 100 z pewnością ułatwił mu fakt, że jest etatowym wykonawcą rzutów karnych, ale nie dostaje ich za zasługi. Jest skutecznym egzekutorem, do tego bardzo wszechstronnym. Gole zdobywa nie tylko lepszą prawą nogą, bo ma na koncie też trafienia lewą kończyną, potrafi też zaskoczyć bramkarza celną główką.

Przepis na długowieczność przelany na papier

Portugalczyka na tle innych piłkarzy w naszej lidze wyróżnia podejście do życia. Wiecznie uśmiechnięty, pozytywnie nastawiony, mimo braku spełnienia największego marzenia, jakim jest powołanie do reprezentacji Portugalii. Kiedyś był to realny temat, bo długi reportaż o braciach Paixao – w czasach ich peaku w Lechii – zrobiła duża portugalska telewizja. Był to materiał o zawodnikach, którzy robią karierę w ligach spoza piłkarskiego mainstreamu, którzy nigdy nie dostali powołania do kadry.

Powołanie nigdy nie nadeszło, ale to nie wpłynęło na jego podejście do życia i piłki. Partnerka życiowa namawiała go, by napisał o tym książkę, bo wskazanie wartości i myślenia, jakim się kieruje, może pomóc nie jednemu sportowcowi i nie tylko. No i dał się namówić.

„Naciskała na mnie, namawiała, aż się zgodziłem. W 2016 roku zapisałem na kartce, że kiedyś chciałbym napisać książkę. Teraz, dzięki Dominice, mogłem ten cel zrealizować. Na początku myślałem tylko o autobiografii, ale ostatecznie w książce zawarłem nie tylko moją historię, ale także to, co pomogło mi osiągnąć sukces. Chcę pokazać ludziom ścieżkę, która jest uniwersalna. Chcę ich zainspirować” – tłumaczył Flávio.

„Jestem pewien, że moje metody pracy nad siłą mentalną i pokonywaniem barier naprawdę Cię zainspirują – i to niezależnie od Twojego wieku. Przyszedł czas na ujawnienie mojej codziennej praktyki przy budowaniu samodyscypliny” – czytamy we wstępie.

Samodyscyplina pozwoliła mu na piłkarską długowieczność, dzięki czemu na stałe zapisał się w historii polskiej ekstraklasy. I podkreśla, że nie powiedział jeszcze ostatniego słowa.

Fot. Twitter

Piotr Janas
Piłka nożna
Translate »