wstecz

Kobayashi – skoczek-influencer wyszkolony przez Kasaiego

2016 rok, Zakopane. Młody Japończyk zajmuje swoje miejsce na belce startowej, czuje jak drżą mu kolana. Dopiero zaczyna skakać na poważnie, a już obserwują go dziesiątki tysięcy kibiców. Dziś Ryōyū Kobayashi już nawet nie pamięta czym jest presja. 25-latek, żywa legenda dyscypliny, zaczyna stawiać sobie cele pozasportowe – chce by w Japonii skoki narciarskie wyglądały tak, jak tamto popołudnie pod Wielką Krokwią.

A drogę do celu ustalił już dawno – prowadzi ona przez najwyższy stopień olimpijskiego podium. Nie udało się w Pjongczangu, będzie okazja w Pekinie. Ale dla Ryōyū liczy się przede wszystkim 2030, szczególnie przy rosnącej szansie kandydatury jego rodzimego Sapporo. Tego Sapporo, w którym przeskoczył Okurayamę, lądując w okolicach 150. metra.

– Prawda jest taka, że nikt nie poświęca ci uwagi, dopóki nie wygrywasz na igrzyskach – opowiada Kobayashi, wierząc, że przyszłość skoków narciarskich w Japonii „wisi na medalu”. Sam jako dziecko obserwował dominację Simona Ammanna w Vancouver i już wtedy wiedział, że to tam się toczy prawdziwa gra. – Wierzę, że w Japonii to się zmieni, kiedy trafi nam się medal. A ja jestem w pozycji, by to zapewnić – dodaje, z zaskakująco skromnym tonem.

 

Młodszy Lepszy z braci Kobayashich

Bijąc rekord w Sapporo jeszcze był „młodszym z braci Kobayashich” – trochę medialną ciekawostką, bo kto nie lubi historii o sportowych rodzinach. Szybko jednak przeskoczył (dosłownie i w przenośni) Junshiro, a dziś jednym tchem wymienia się go razem z Noriakim Kasaiem i Kazuyoshim Funakim. A i oni przy nim stają się malutcy.

Mając dopiero 25 lat na karku, Ryōyū zrealizował marzenia obu legend japońskich skoczni. Funaki wygrywał w Oberstdorfie, Garmisch-Partenkirchen i Innsbrucku, ale do pełnego triumfu w Konkursie Czterech Skoczni zabrakło mu zwycięstwa w Bischofshofen. Kobayashi w 2018 zebrał cały komplet, jako trzeci w historii. Kryształową Kulę, której nigdy nie uniósł Kasai, zdobył w wieku 22 lat. To właśnie Ryōyū Kobayashi jest symbolem japońskich skoków narciarskich. I wciąż ma wiele do powiedzenia.

Mimo wszystko, niezależnie od skali swoich osiągnięć, Kobayashi nigdy nie przestanie patrzeć z podziwem na Kasaiego. To właśnie on go wypatrzył (wrażenie na nim zrobiła niepodrabialna postura Ryōyū w locie) i zaprosił do swojej drużyny, Tsuchiya Home. Kobayashi skakał w zawodach międzyszkolnych, ale nigdy nie myślał o większej karierze. Dopóki… nie dotarł w swoim życiu do momentu, w którym musiał zacząć szukać pracy. – Nie chciałem jeszcze pracować, a obserwowałem jak Junshiro jeździł po całym świecie, więc uznałem, że przyłożę się odrobinę bardziej – śmiał się po latach, uznając, że z ówczesnym podejściem nie miał szans na jakiekolwiek sukcesy.

U Kasaiego przeszedł próbę rodem z „Karate Kid”. Próbując swoich sił w każdym możliwym sporcie, dał w sobie zaszczepić szczerą nienawiść do porażek. A ostatni, kluczowy moment kształtowania złotego Ryōyū miał miejsce w 2018 roku w Wiśle, kiedy pierwszy raz stanął na podium, a zamiast uśmiechu na twarzy miał czyste rozczarowanie, że nie stoi na najwyższym stopniu. – „Stary ja” by się cieszył, ale wtedy czułem wyłącznie zawód – przyznał. W tym samym sezonie triumfował w Pucharze Świata.

13 zwycięstw i 21-krotna obecność na podium w tamtym sezonie to drugi wynik w historii po Peterze Prevcu. Do tego, rok później na trwałe zapisał swoje imię w annałach sportu, lądując na 252 metrze w Planicy (drugi wynik w historii po Krafcie w Vikersund). 8 sekund w powietrzu to prawie tyle ile w XIX wieku bracia Orville i Wilbur Wrightowie spędzili w powietrzu.

 

Więcej niż tylko skok

Kiedy jego kariera dopiero nabierała rozpędu, trafił na film „Horgasm – A Love Story” – autobiograficzną produkcję Torsteina Horgmo, norweskiego snowboardzisty. Po latach wymienia dwie kluczowe inspiracje – właśnie Horgasm i Gregora Schlierenzauera, który jako pierwszy w środowisku skoków skruszył ścianę między sobą a swoimi kibicami. Dzięki nim Kobayashi zrozumiał, że rola sportowca nie kończy się na skoczni narciarskiej. To za lifestyle’em ciągną tłumy.

Kobayashi stał się influencerem z samodzielnie narzuconą misją promocji swojej dyscypliny. Ze swoimi kibicami spotyka się w mediach społecznościowych, organizując live’y i dzieląc się materiałami ze swojego codziennego życia. Włada też TikTokiem. Oprócz tego pasjonuje się modą i motoryzacją, a w dniach wolnych daje się pochłonąć swoim pasjom. Obiady jada niemal wyłącznie z dilerami samochodowymi i stylistami, zdecydowanie więcej słuchając, niż mówiąc.

Zna potrzeby młodego pokolenia i chce na nie odpowiadać. Chce „mieć swój własny styl” i to nim przekonywać młodzież, by przychodzili na skocznie. A jednocześnie nie zapomina o tym, co najważniejsze. Kasai zaszczepił w nim bowiem jeszcze jeden kluczowy element, z którego sam jest znany. Kobayashi zapowiada, że najchętniej nigdy nie przestałby skakać. I strach miesza się z ekscytacją na myśl o świecie skoków, który po sobie zostawi.

Fot. Wiki Commons, CC 4.0

autor rafał hydzik