wstecz

„Kochanie, wszędzie, tylko nie do Manchesteru”

Każdy, kto kiedykolwiek grał w gry z serii FIFA, na pewno dostał od jednego ze swoich kluczowych zawodników wiadomość, w której, skarżąc się na warunki pogodowe i różnice kulturowe, poprosił o transfer. A że te gry do najbardziej wiernych rzeczywistości nie należą, trafiają się kwiatki pokroju „tęskniącego za rodziną” Lewandowskiego jadącego do Barcelony. Gdyby jednak były realistyczne, iście pod górkę mieliby gracze wybierający drużyny z Manchesteru. Bo historia zdążyła pokazać, że iście malowniczo industrialne miasto w północnej Anglii niewielu ma sympatyków.

Oba kluby z Manchesteru, sportowo, historycznie czy przede wszystkim finansowo, mają „to coś”. Nawet w okresach mniejszych lub większych kryzysów, były w stanie przyciągnąć największe nazwiska w światowej piłce. W swojej strategii transferowej mają jednak jedną, nadzwyczaj trudną do przeskoczenia przeszkodę. Niestety, są z Manchesteru.

Na listę angielskich miast, na widok których zapalają się oczy bogatym i sławnym, należałoby wpisać Londyn i… postawić kropkę. Mimo że Manchester, Leeds czy Birmingham należą do największych miast kontynentu, ich post-industrialna szarzyzna z trudem znajduje nowych amatorów.

Nic dziwnego, że większa część piłkarzy z kontraktami w północnej części kraju unika centrów miast. Zamiast tego uciekają na obrzeża, albo na wieś – szczególną popularnością cieszy się tzw. „Złoty Trójkąt”, czyli kilka miejscowości w rejonie Cheshire. To właśnie tam domy mają np. Kevin De Bruyne, Cristiano Ronaldo czy nawet Marcus Rashford, urodzony w Manchesterze.

 

Ludzie, tu niczego nie ma!

Gabriel Heinze, Sergio Aguero, Juan Sebastian Veron czy Pablo Zabaleta – nietrudno wymienić garstkę Argentyńczyków, którzy w barwach City czy United odcisnęli swoje piętno na angielskim futbolu. To jednak piłkarze właśnie tej nacji zdają się mieć najgorsze wspomnienia z pobytu w północnej Anglii.

– Nigdy do tej małej i mokrej dziury nie zamierzam wracać, nawet na wakacje – opowiadał Carlos Tevez Susanie Gimenez, „argentyńskiej Oprze Winfrey”. Carlitos zapisał się w szczególny sposób w historii miasta, przechodząc z United do City. „Welcome to Manchester” trąbiły wówczas błękitne banery wywieszone przez Obywateli. Lata później United odwdzięczyło się analogicznym pstryczkiem przy okazji transferu Jadona Sancho.

 

27-letni wówczas Tevez został najlepiej opłacanym piłkarzem w historii angielskiego futbolu i jak się okazało – tylko siłą przelewu udało się go utrzymać w Manchesterze. Przez sześć lat nie wydał nawet funta na zakup nieruchomości, bo jego zdaniem nie było sensu w jakikolwiek sposób wiązać się z tym miastem. – Co było najgorsze? – zapytała Teveza Gimenez. – Pogoda… w zasadzie to wszystko. Tam po prostu niczego nie ma – z trudem wspominał Carlitos.

Niecałe kilka sezonów później, Manchesteru posmakował rodak Teveza, Angel Di Maria. – Błagałam go, wszędzie tylko nie tam – narzekała Jorgelina Cardoso, partnerka obecnego piłkarza PSG, z którym zwiedziła wcześniej m.in. Lizbonę czy Madryt. – A mimo to utknęliśmy w Anglii, sytuacja była ku*wa dramatyczna. Nic mi się tam nie podobało. Szczerze, zupełnie nic – dodaje.

 

Nie miało znaczenia w tym kontekście nawet to, że para pochodzi z Rosario, jednego z najbardziej niebezpiecznych miejsc w ich ojczyźnie. – Wszyscy są sztywni i wymuskani. Idziesz po ulicy i nie wiesz, czy przypadkiem nie chcą cię zabić – nie szczędziła słów Cardoso, która z Angelem zamieszkiwała dzielnicę Hale, prawdopodobnie najdroższe nie-londyńskie sąsiedztwo. Wpływ na jej postrzeganie niewątpliwie miała sytuacja, w której para wraz z nowonarodzonym dzieckiem doświadczyła włamania do ich mieszkania. Nic dziwnego, że spakowali walizki zanim zdążyli je porządnie rozpakować.

Nieco później, do anty-manchesterowego obozu dołączył też Nolito, którego Pep Guardiola sprowadził do City z Celty Vigo. Hiszpan miał wręcz bezprecedensowe problemy z aklimatyzacją i już po jednym sezonie zaczął błagać o powrót do ojczyzny. Jego zdaniem miasto Manchester zaczęło… powoli wyniszczać jego córkę. – Tamtejsza pogoda zmieniła kolor jej twarzy. Wygląda jakby mieszkała w jaskini – skarżył się w mediach, jakby nie wiedząc, że zgodził się na transfer do klubu w mieście, w którym średnio przez 152 dni w roku pada deszcz.

Za każdym mężczyzną sukcesu…

Sytuacja z małżonką Di Marii odbiła się szerokim echem w mediach, ale na ogół niewiele się mówi o często kluczowym wpływie kobiet na ruchy transferowe. Nie szukając daleko, sam Argentyńczyk niedawno przyznał, że jego partnerka naciskała, by w przypadku transferu Leo Messiego do Paryża pozostał w PSG, nawet jeśli miałby pełnić rolę kucharza.

 

I w tym miejscu historia znowu wraca do Manchesteru. Kiedy na Old Trafford stało się jasne, że czas pożegnać Ole Gunnara Solskjaera, oczy zwróciły się w kierunku m.in. Zinedine’a Zidane’a. Choć ten ruch od samego początku zdawał się nie mieć szans powodzenia (Francuz nie mówi ani słowa po angielsku), ostateczne „nie” należało do jego żony.

Veronique Zidane, choć w paszporcie ma flagę francuską, większość życia spędziła w Hiszpanii. To właśnie ona wymogła na „Zizou” słynny transfer z Juventusu do Realu, jako że chciała, by ich dzieci wychowały się na Półwyspie Iberyjskim. Mieszkają tam do dziś, więc kiedy jej uszu dobiegła propozycja przenosin do Manchesteru, błyskawicznie ucięła rozmowę.

I, choć rzadko kiedy ten wątek pojawia się w dyskusjach o transferach, partnerki piłkarzy często okazują się być absolutnie kluczowym czynnikiem w procesie decyzyjnym. Kluby z Londynu zawsze będą miały geograficzną przewagę nad tymi z północy, a gra w Śląsku czy Legii zawsze będą bardziej atrakcyjna od mieszkania w Lubinie czy Radomiu.

Z tego samego miasta co małżeństwo Di Maria pochodzą Lionel Messi i Antonella Rocuzzo. Po ponad dwóch dekadach w Barcelonie, trafili do Paryża, gdzie, według doniesień, udało im się już puścić pierwsze korzenie. Jeżeli więc Pani Di Maria wykonała tego lata odpowiedni telefon, nowe światło padłoby na odrzucenie przez Messiego zalotów Manchesteru City. Ale to tylko teoria. Szara, deszczowa teoria.

autor rafał hydzik