wstecz

Koszykówka: Podsumowanie roku

Giannis, Giannis i jeszcze raz Giannis – legendarny występ, którym „Greek Freak” poprowadził Milwaukee Bucks do drugiego w historii mistrzostwa to zdecydowanie najwyraźniejszy highlight 2021 roku w koszykówce. Ale pozostali też nie siedzieli cicho – na parkietach NBA rekordy bili Curry z Westbrookiem, Europa pożegnała Scolę i Gasola, w Polsce najwięcej mówiło się o Miliciciu i Hicksie, a pozaziemskie parkiety zdominował Królik Bugs.

Bucks in six!

– Jeżeli nie cieszy cię mistrzostwo Giannisa, coś jest z tobą nie tak. On reprezentuje wszystko co jest wspaniałe w tej dyscyplinie – mówił Charles Barkley po triumfie Milwaukee Bucks w sezonie 2020/21. Grek rzucił przeciwko Phoenix 50 punktów i dołożył 14 zbiórek. Przede wszystkim jednak, ten sam Giannis któremu nikt by piłki na linii nie dał, trafił z niej 17 na 19 prób. I to w finałowym, szóstym meczu serii.

 

Finały bez LeBrona i Curry’ego… ostatni raz NBA finiszowało bez choćby jednego z nich ponad dekadę temu, kiedy w 2010 roku Lakersi pokonywali Celtics. Suns sensacyjnie pożegnali ekipę LeBrona już w pierwszej rundzie play-offów. Choć najbardziej po porażce w kompromitującym stylu oberwało się Kyle’owi Kuzmie (którego wkrótce odprawiono do Washington jako część dealu za Westbrooka), King James wcale nie miał łatwego roku. I nie tylko o samym boisku mowa.

Kontuzja kostki wykluczyła go na 20 gier – nigdy wcześniej tak długo nie pauzował. Chwilę wcześniej dołączył do Karla Malone’a i Kareema Abdul-Jabbara w gronie 35-tysięczników, jako najmłodszy z całej trójki. Sezon zakończył jednak przedwcześnie, po raz pierwszy w swojej karierze odpadając w pierwszej rundzie play-off (bilans 14-1). James rozczarował, bez Davisa na parkiecie notując średnio „zaledwie” 23,3 pkt. Później zawieszenia, kary i problemy natury społecznej (Eres Kanter wziął sobie do serca, by wywołać Jamesa do covidowej tablicy) zaczęły przyćmiewać nawet najlepsze występy LeBrona, który aktualnie kończy rok na własnych plecach ciągnąc Lakersów.

 

Stąd też śmiechy złośliwych, którzy większe powodzenia wróżyli mu na kosmicznych parkietach, gdzie zajął ikoniczne miejsce Michaela Jordana u boku Królika Bugsa i Króliczki Loli w „Kosmicznym Meczu”. Niestety, jak się okazało, Warner Bros wyprodukowało istny kinematograficzny sabotaż, rozczarowując widzów nie tylko wyglądem Loli (tutaj puszczamy oczko w kierunku jednej z ławek w polskim sejmie), ale całokształtem, który okazał się być niczym więcej, niż marketingową wydmuszką.

 

Ale nie samym Jamesem liga żyje. Najpierw swoje pięć minut miał Russ Westbrook, ze 182 triple-double bijąc 47-letni rekord Oscara Robertsona. Potrzebował do tego 100 mniej meczów, w czasach w których pada prawie 35 mniej rzutów na mecz. Kilka miesięcy później cała uwaga mediów była już skupiona na Stephie Currym, który zapisał się w historii ligi z 3000 rzutami zza łuku. Nie przeszkodziła mu w tym nawet nowa piłka marki Wilson, która znacząco wpłynęła na skuteczność w NBA (Więcej TUTAJ).

A co na to Europejczycy?

Choć z początkiem sezonu najgłośniejsze nazwisko ze Starego Kontynentu należało do fenomenalnego debiutanta Mavericks, Luki Doncicia (sezon zakończył podpisując pięcioletni kontrakt warty 207 milionów dolarów, najwyższy rookie extension w historii ligi), z czasem światła reflektorów przejął Nikola Jokić. Pierwszy w historii MVP z Denver, zdobywając to wyróżnienie, rozpoczął nową mini-erę w NBA. Swoją grą „przyklepał” obowiązujący trend gry bezpozycyjnej – Serb notuje średnio 7 ostatnich podań na mecz, a jego procent asyst w trwającym sezonie (42,5%) jest najwyższym w historii pośród centrów.

 

Serbscy kibice chodzili w mijającym roku z wysoko uniesionymi głowami, nie tylko za sprawą Novaka Djokovicia – kiedy Jokić dominował amerykańskie parkiety, statuetkę dla MVP Euroligi odbierał Vasilije Micić, zwycięzca całych rozgrywek w barwach Anadolou Efes Stambuł. Tym samym wreszcie otworzył sobie drogę do USA – jego prawa draftowe trafiły do Oklahomy.

Pierwsza w historii para MVP z tego samego kraju dawała podstawy, by wierzyć w mocny występ na igrzyskach w Tokio. Organizacja turnieju kwalifikacyjnego w Belgradzie tylko te przekonania podsycała. Tymczasem Serbowie dali się w finale zaskoczyć Włochom, po raz czwarty mijając się z igrzyskami. Złoto z Japonii wywieźli Amerykanie (zarówno w kategorii męskiej, jak i damskiej), którzy mieli coś do udowodnienia. Tuż przed turniejem, w Las Vegas podzielili parkiet z reprezentacją Nigerii. W meczu, który media nazwały „jedną z najbardziej bolesnych porażek w historii reprezentacyjnego basketu”, naszpikowane gwiazdami USA (z Durantem, Tatumem i Lilardem) dało się ograć ekipie, w której pierwsze skrzypce grał Gabe Vincent (4,8 pkt w poprzednim sezonie w barwach Heats).

Swoje pięć minut (niemal dosłownie) na igrzyskach w Tokio mieli też polscy koszykarze. Co prawda zagrali tylko na połowie parkietu (i adekwatnie – na połowę swoich możliwości), ale do Japonii polska reprezentacja 3×3 jechała po złoto. Przemysław Zamojski, Szymon Rduch, Paweł Pawłowski i main man – Michael Hicks, zaczęli obiecująco, od dwóch zwycięstw, po czym przegrali wszystko jak leci. W finalnej tabeli zajęli miejsce jedynie nad Chińczykami. Z największymi pretensjami kibiców mierzył się Hicks, który momentami zbyt mocno wierzył w swoje możliwości.

 

Wracając jeszcze do Euroligi, w mijającym roku europejski basket pożegnał dwie legendy. W październiku swój ostatni rzut oddał Luis Scola, a miesiąc później swój historyczny powrót do Barcelony zakończył Pau Gasol. Podczas igrzysk w Tokio obaj 41-latkowie mieli okazję stoczyć ostatni pojedynek, w meczu fazy grupowej. Na parkiecie skuteczniejszy był Scola, ale to Hiszpanie zanotowali zwycięstwo.

 

Polska w bańce

Prawdopodobnie najgłośniejszym, a zarazem najbardziej kontrowersyjnym wydarzeniem w polskim baskecie była organizacja play-offów sezonu 2020/21 w tzw. „bańce” przeciw-covidowej. Kontrowersja jednak polegała na tym, że ze wszystkich hali w kraju, zdecydowano się rozegrać najważniejszą ligową serię gier w Arenie Ostrów. I przewaga własnego parkietu okazała się kluczowa przy wyłonieniu mistrza kraju. Do złota poprowadził Stal Igor Milicić, pokonując w emocjonującym finale z dwiema dogrywkami Żana Tabaka i jego faworytów z Zielonej Góry.

Na sukcesach krajowych Ostrów nie poprzestał. Znakomitą kampanię w FIBA Europe Cup zakończyli dopiero w finale, przegrywając z Ironi Nes Zioną. Bilet do Bundesligi, dzięki statuetce MVP PLK i świetnym występom w Europie, załatwił sobie Jakub Garbacz. Nawet bez niego Stal zmierza w kierunku powtórzenia wyniku w kolejnym sezonie, z oddechem zmartwychwstającego Anwilu i fenomenalnego beniaminka ze Słupska na plecach.

Milicić, na fali triumfu, w październiku przejął stery w reprezentacji Polski, obierając kurs na mistrzostwa świata w 2023. Od razu namieszał z powołaniami, zwiastując nowy epizod biało-czerwonej kadry. Zabrakło miejsca dla Aarona Cela, Adama Hrycaniuka, Damiana Kuliga i A.J. Slaughtera, a powrotu nie doczekał się także Adam Waczyński. W ich miejsce selekcjoner powołał grono młodych wilków, w tym Mateusza Szlachetkę czy Dominika Wilczka. W szerokiej kadrze zmieścił też własnego syna. Pierwsze efekty? Porażki z Izraelem i Niemcami.

 

Sezon 2020/21 w Energa Basket Lidze Kobiet kompletnie zdominowały koszykarki Arki Gdynia, wygrywając zarówno w sezonie zasadniczym, jak i w drabince play-off. Oba sezony euroligowe pokazały jednak miejsce polskiego kobiecego basketu w Europie – Gdynianki nie drgnęły z ostatniego miejsca swoich grup. Trwający sezon to już odrodzenie Ślęzy Wrocław, która po 11 kolejkach zajmuje pierwsze miejsce w tabeli.

autor rafał hydzik