wstecz
siatkarki

Mocno zakurzone złoto. Nadszedł czas reaktywacji sukcesów polskich siatkarek?

Trzy razy na podium w historii igrzysk olimpijskich stały polskie reprezentacje w siatkówce. Dwa z tych przypadków dotyczą żeńskiej kadry. Co może zaskakiwać, biorąc pod uwagę to, w którym miejscu na świecie są aktualnie narodowe teamy kobiet i mężczyzn. Dlaczego nie ma się dzisiaj czym chwalić po damskiej stronie siatki?

Dwunaste miejsce w rankingu FIVB, czyli siatkarskiej, światowej federacji zajmuje reprezentacja Polski kobiet. Z kadr europejskich od Biało-Czerwonych lepsze są: Niemki, Holenderki, Rosjanki, Włoszki, Serbki oraz Turczynki. Liderkami są za to reprezentantki USA, stawkę na podium uzupełniają drugie Brazylijki i trzecie Chinki. 

W przypadku panów sytuacja jest dużo lepsza. Dwukrotni mistrzowie świata są aktualnie na drugiej pozycji na świecie, palmę pierwszeństwa oddając jedynie Brazylijczykom. Trudno się jednak temu dziwić, skoro mowa o dwukrotnych mistrzach świata z rzędu (2014, 2018), a dodatkowo trzeciej drużynie na tegorocznych mistrzostwach Europy. Pozostaje jednak niedosyt olimpijski, gdzie siatkarze w Tokio skończyli na porażce w ćwierćfinale. Marnym pocieszeniem pozostaje fakt, że lepsi okazali się późniejsi zwycięzcy turnieju w stolicy Japonii, Francuzi. Bardziej wymowne powinno być, że Biało-Czerwoni na fazie ćwierćfinałowej zakończyli swój… piąty olimpijski turniej z rzędu. Od Aten (2004), poprzez Pekin (2008), Londyn (2012), Rio de Janeiro (2016), na Tokio (2021) kończąc. Smutna tradycja, która weszła polskim siatkarzom w krew. 

Trzy olimpijskie podejścia

Panie mogą jednak pozazdrościć swoim kolegom z kadry. Na igrzyskach Polki po raz ostatni były w 2008 roku. Pekin nie przyniósł niczego specjalnego, skończyło się na przedostatnim miejscu w grupie i sporym rozczarowaniu. Tym bardziej, że kilka ważnych nazwisk tamta kadra miała, na czele z Małgorzata Glinką, Katarzyną Skowrońską, czy Mileną Rosner i Marią Liktoras. Każda posmakowała złota podczas mistrzostw Europy w zespołach prowadzonych przez nieodżałowanego trenera Andrzeja Niemczyka. W Pekinie Biało-Czerwone zagrały już pod wodzą Marco Bonitty. 

Włoch nie okazał się zbawcą żeńskiej siatkówki w Polsce. Wręcz przeciwnie, stał się nieco przypadkowym, ale symbolem degrengolady. Która trwa tak naprawdę do dzisiaj, mając różną postać. Jedni nazywają ją brakiem szczęścia, inni złym doborem selekcjonera, jeszcze kolejni po prostu, stanem faktycznym. 

Warto zapytać, co się stało, że jest inaczej. Tym bardziej, że czasy zwycięstw siatkarek miały przecież miejsce w XXI wieku. Olimpijsko faktycznie, sukcesy Polek to „lekka prehistoria” – dokładnie w 1964 roku w Tokio (pierwsza okazja do gry siatkarek na igrzyskach) oraz 1968 w Meksyku. Biało-Czerwone liczyły się na świecie. Choć gdyby zliczyć wszystkie starty Polek na turniejach olimpijskich, to poza dwoma medalowymi, tylko ten pekiński uzupełnia dorobek. Były zatem łącznie całe trzy. 

Dekada i dwa sukcesy

Gdyby szukać ostatnich znaczących sukcesów reprezentacji Polski kobiet w siatkówce, trzeba się cofnąć do dwóch dat, które dzieli praktycznie równo dekada. W 2009 roku Polki zdobyły brązowy medal mistrzostw Europy. Biało-Czerwone jako gospodynie Euro sięgnęły po trzecie miejsce. Z tamtej drużyny na boisku w TAURON Lidze pojawia się nadal Paulina Maj-Erwardt. Joanna Kaczor i Milena Sadurek udzielają się za to w roli ekspertek telewizyjnych. Aleksandra Jagieło poszła „prezesy”, aktualnie będąc głową pomysłu nowego szefa Polskiego Związku Piłki Siatkowej Sebastiana Świderskiego, na wyciągnięcie ręki do żeńskiej siatkówki. 

Jagieło ma być osobą, która zapewni traktowanie z takim samym zaangażowaniem tego, co dzieje się zarówno u panów, jak i pań. Niezależnie kto nosi miano drużyny mistrzowskiej, czyli przynoszącej też – nie czarujmy się – większe pieniądze. Tym bardziej, że pamięć kibica może być krótka, ale zanim polscy siatkarze zaczęli dochodzić do głosu na świecie (srebrny medal MŚ w 2006 roku), to właśnie panie miały argumenty w ręku. Dwa złote medale ME nie pozostawiły wówczas wątpliwości, gdzie szukać sukcesów dla dyscypliny. Ale nie były wystarczające do medalowej kontynuacji. 

Co do w/w dat, po brązowym 2009, w 2019 również na ME – pozostał niedosyt. Zamiast podium, skończyło się na „najgorszym” czwartym miejscu. Już pod wodzą trenera Jacka Nawrockiego, który z reprezentacją pracował w latach 2015-21. Nikt w historii żeńskiej kadry siatkarek w Polsce nie może pochwalić się tak długim stażem pracy na stanowisku „jedynki”. Rekord nie przełożył się jednak na sukcesy. 

Nieudana gra o brąz ME 2019 pod wodzą Nawrockiego nie pociągnęły za sobą pozytywnych konsekwencji. Przynajmniej spoglądając na wynik Euro 2021, gdzie Polki skończyły udział w turnieju ćwierćfinale. Turczynki pokazały Polkom miejsce w szeregu. 

Złota era dziewczyn Niemczyka

– Mój poprzednik miał ten problem, że czołowe zawodniczki, które grały już poza granicami kraju – Gośka Glinka, Dorota Świeniewicz czy Magda Śliwa – nie bardzo chciały przyjeżdżać na zgrupowanie kadry, tracić siły, brać urlopy, narażać się na kontuzje i potem jeszcze przegrywać mistrzostwa Europy czy świata – opowiadał kilka lat temu Markowi Bobakowskiemu w książce p.t. „Andrzej Niemczyk. Życiowy tie-break” legendarny twórca sukcesów Biało-Czerwonych. 

Niemczyk potrafił odkurzyć polską szkołę siatkówki dla świata. Dwa złote medale (2003 i 2005) na ME były czymś niewyobrażalnym. Dość powiedzieć, że początkowo transmisje z meczów Polek z turniej w Turcji, pierwszym wygranym, pokazywano na TV Puls. Dopiero z czasem, im więcej zwycięstw odnosił zespół Niemczyka, tym bardziej doceniano to, co wyprawiały nasze siatkarki. Finał z Turcją (3:0) obejrzało trzy miliony widzów, już na otwartym Polsacie, a Biało-Czerwone sięgnęły wówczas po medal, który był pierwszym takim z przywiezionym z poważnej imprezy od… igrzysk w 1968 roku.

– Laski! Nie będę was pilnował, bo to nie jest przedszkole. Macie ochotę się napić piwa, wina – pijcie. Chcecie iść na dyskotekę – idźcie. Przyjdzie wam ochota na plotkowanie przez całą noc – plotkujcie. Mnie to nie interesuje. Macie się same pilnować. Oczywiście nie będę tolerował wyskoków, które przekraczają granice zachowania profesjonalnego sportowca. Wierzę jednak, że do takich sytuacji nie dojdzie – opowiadał Niemczyk o zasadach panujących w zespole. 

Podziałało ponownie w 2005 roku, tym razem na ME w Chorwacji. Ograne w finale Włoszki (3:1), szał radości i potwierdzenie uzasadnionych nadziei na medal olimpijski. Do Pekinu zostały wówczas trzy lata. Niemczyk dużo wcześniej pożegnał się jednak ze stanowiskiem. Mówiono o alkoholu, konflikcie w kadrze… 

– „Prawda jest taka, że to nie ja was potrzebuję, ale wy mnie. Mam nadzieję, że w końcu do was to dotrze.” Z prywatnych rozmów, które przeprowadziłem wiele lat później, wiem, że dotarło, ale było już za późno. Przynajmniej mam satysfakcję. Choć tę satysfakcję – gdybym mógł cofnąć czas – bez chwili zastanowienia zamieniłbym na medal mistrzostw świata, a może i igrzysk olimpijskich – opisywał po latach Niemczyk. 

Wołosz kluczem do sukcesu?

Gra w reprezentacji to przywilej, który może zapewnić kontrakt w lepszej lidze, czyli poprawić też stan konta zawodniczek w dalszej perspektywie zawodowej drogi. Łatwiej powiedzieć „nie” występom w kadrze narodowej mają te siatkarki, które swoje już zrobiły i zarobiły. W przeszłości takich przykładów nie brakowało…

Najważniejszym argumentem wydaje się być jednak trener. Ostatni z selekcjonerów po ME 2019 stracił Joannę Wołosz. Rozgrywającą kadry, jedną z najbardziej cenionych siatkarek na swojej pozycji w Europie. Poszukiwania „drugiego odbicia” trwały, kilka wariantów przyniosło efekt, ale też wiele tylko uwypukliło brak Wołosz. 

Niewykluczone, że przy wyborze nowego trenera reprezentacji kobiet, razem z podanym nazwiskiem pojawią się też te siatkarki, które faktycznie będą głodne gry o narodowe marzenia. Zawodniczki takie jak: Malwina Smarzek, Magdalena Stysiak, Maria Stenzel, czy Martyną Czyrniańska – mają sporo przed sobą. Dokładając doświadczenie na ligowych, a często też zagranicznych parkietach. One są gotowe na walkę o sukces. 

Daniele Santarelli z A.Carraro Imoco Conegliano to najświeższy kierunek kadry siatkarek, zdaniem włoskiej „La Gazzetta dello Sport”. Przykład Bonitty na IO 2008 może sugerować, że włoska szkoła nie służy Biało-Czerwonym. A jednak, spoglądając na kierunek obrany przez męską kadrę wydaje się, że zagraniczny selekcjoner może być rozwiązaniem właściwym. Będąc przede wszystkim autorytetem, co w przypadku najbardziej doświadczonych reprezentantek, wydaje się mieć kluczowe znaczenie. 

A trudno przecież podważać metody szkoleniowe człowieka, który pobił rekord świata w liczbie zwycięstw swojej drużyny, wygrywając przez ostatnie dwa lata dokładnie 74 mecze z rzędu. Pięć lat pracy w Conegliano to trzy tytuły mistrzowskie w Italii, cztery triumfy w Coppa Italia, Liga Mistrzyń oraz klubowe MŚ i cztery Supercoppa Italia. Do tego Wołosz jako kapitan drużyny, z którą Santarelli żyje dużo lepiej, niż ostatni selekcjoner Biało-Czerwonych. Co może być kluczem do powrotu na właściwe tory. 

Duża impreza na horyzoncie

Poza trenerem potentata z Conegliano, w grze o posadę Biało-Czerwonych są również Massimo Barbolini i Stefano Lavarini. Pierwszy to legenda, człowiek zamieniający na szczycie Niemczyka, wygrywając dublet ME (2007 i 2009) z kadrą Italii. Za to Lavarini na igrzyskach w Tokio (2021) potrafił wycisnąć maksimum z reprezentacji Korei, docierając do najlepszej czwórki turnieju olimpijskiego. Ostatecznie kończąc tuż za podium. 

Na giełdzie nazwisk mocną kartę ma też Stephane Antiga. Francuz równa się pięknym wspomnieniom zwycięstwa MŚ 2014 z kadrą męską. Od 2019 roku zabrał się jednak za pracę w siatkówce kobiet, będąc szkoleniowcem klubu z Rzeszowa. Antiga wydaje się być opcją „rezerwową”, jeśli nie wyjdzie z rozwiązaniem włoskim. 

Wybór nowego selekcjonera kadry kobiet wydaje się o tyle istotny, że mamy całkiem niezłe pokolenie siatkarek. A dodatkowo organizację (razem z Holandią) mistrzostw świata w 2022 roku. Biało-Czerwone nie raz już udowadniały, że na swoim terenie potrafią być dużo groźniejsze niż w przypadku grania poza Polską. 

Złoty zespół Niemczyka nie miał takich okazji, ciągnąc za uszy żeńską siatkówkę. Teraz czas, żeby połączyć jedno z drugim. W imponujących obiektach, przy pełnych trybunach, zagrać na miarę solidnej, europejskiej drużyny. Bo tak można definiować sportowo Polki.

Fot. Screenshot / https://www.youtube.com/watch?v=nHAYVCNzo5I