wstecz

Mocny w gębie i oktagonie. Gamrot szturmuje UFC

Czy Polska doczeka się kolejnego mistrza największej federacji mieszanych sztuk walki na świecie? W nocy z soboty na niedzielę kolejną bardzo dobrą walkę dał Mateusz Gamrot. Były posiadacz dwóch pasów KSW pokonał wyżej notowanego Brazylijczyka Diego Ferrarę, odnosząc trzecie zwycięstwo z rzędu. Gamer zaczyna robić hałas w UFC. 

Podczas gdy cała Polska żyła starciem Mameda Khalidowa z Roberto Soldiciem na gali KSW 65 w Gliwicach i wielu sympatyków w naszym kraju kładło się spać ze łzami w oczach po brutalnym nokaucie, jakiego doświadczył polski Czeczen (Soldić znokautował go, łamiąc mu nos i szczękę), za oceanem minuty do kolejnej walki w Ultimate Fighting Championship odliczał Mateusz Gamrot.

 

Popularny Gamer po odejściu z KSW we wrześniu 2020 roku związał się z UFC, która od zawsze była jego marzeniem. Odchodził z podniesioną głową, jako mistrz kategorii lekkiej i piórkowej. Czuł, że w największej federacji w Europie zrobił już wszystko, co miał do zrobienia i naturalnym krokiem była przeprowadzka za ocean. Choć od tamtej pory nie minęło nawet półtora roku, Polak stoczył cztery walki.

Najpierw przegrał po niejednogłośnej decyzji sędziów z Gruzinem Guramem Kutateladze. Trzeba jednak pamiętać, że początkowo miał walczyć z Rosjaninem Magomedem Mustafaevem, lecz ten wycofał się, nie podając przyczyny. Kutateladze był zastępstwem, do którego z oczywistych względów nie mógł przygotować się w 100%. Sam werdykt był bardzo dyskusyjny. Początkowo sam Gamrot się z nim nie zgadzał, ale nie chciał zaczynać swojej przygody w UFC od podważania decyzji sędziów. Szybko zrozumiał, że nie może pozostawiać werdyktu w ich rękach i musi skupić się na kończeniu walk przed czasem.

 

Terminarz gal UFC w ostatnich latach był mocno napięty, ale w tamtym okresie szalała pandemia, przez co Gamer na kolejną szansę musiał czekać pół roku. To nie służyło mu dobrze pod względem psychicznym, o czym powiedział jeden z jego sparingpartnerów. Polak chciał jak najszybciej udowodnić, że niejednogłośna porażka była wypadkiem przy pracy.

Sztuka robienia hałasu

10 kwietnia skrzyżował rękawice ze Scottem Holtzmanem. Widać było zmianę stylu walki naszego reprezentanta, który zdecydowanie częściej zaczął polować na kończące uderzenia. Do tej pory znany był raczej ze znakomitego taktycznego rozgrywania walk i punktowania na kartach sędziowskich. W KSW przez decyzję wygrał 7 z 12 walk, ale w USA liczy się show, o czym boleśnie przekonał się w debiucie.

Holtzman padł jak rażony piorunem po potężnym lewym na głowę. Polak rzucił się na swoją ofiarę w parterze, by zwieńczyć dzieło zniszczenia, ale szybko zareagował sędzia ringowy i pierwsze zwycięstwo Gamera w UFC stało się faktem. Jego radość po tym zwycięstwie mówiła wszytko.

 

Nieco ponad trzy miesiące później stoczył pojedynek, którym przyciągnął na siebie większą uwagę. Mierzył się bowiem z wteranem jeśli chodzi o wagę lekką tej organizacji – Jeremy’m Stephensem. Wygrał poprzez poddanie w I rundzie, od razu zapisując się na kartach historii UFC. Nikt wcześniej nie wygrał tak szybko, zakładając rywalowi dźwignię na bark, czyli tzw. kimurę.

Po tym starciu sam prezydent federacji Dana White powiedział, że Gamrot to zawodnik, któremu należy bacznie się przyglądać, bo to może być ścisła czołówka wagi lekkiej w niedalekiej przyszłości. O tym, że nie były to puste słowa świadczyło kolejne zestawienie Polaka z notowanym w rankingu tej kategorii Diego Ferreirą (12.). Gamer nie był faworytem, ale doskonale zdawał sobie sprawę ze stawki tego pojedynku. Wiedział, że jeśli wygra, wskoczy do czołowej 20.

Udało się, znów zrobił to przed czasem i znów użył innej techniki. Tym razem nie była tak widowiskowa, ale to też miało swój urok. Rzadko zdarza się, by rywal rezygnował z walki po przyjęciu silnego kolana na żebra, a tak właśnie wykończył Brazylijczyka reprezentant American TOP Team. Sam był tym faktem zaskoczony i początkowo nie zorientował się nawet, że Ferreira werbalnie zgłasza sędziemu chęć przerwania walki, dlatego… przystąpił do duszenia zza pleców.

 

Gamer doskonale wiedział, co robi. Zdaje sobie sprawę, że na Chandlera jest za wcześnie, ale takimi słowami zwrócił na siebie jeszcze większą uwagę. Jest gotów wejść w rolę złego policjanta, byleby wzbudzić zainteresowanie potencjalnym starciem, które z pewnością wybiłoby go do ścisłej czołówki wagi lekkiej, oczywiście pod warunkiem, że je wygra.

Wielu kibiców ocenia zachowanie Polaka krytycznie. Pojawiają się głosy, że wygrał trzy walki i już czuje się zbyt mocny, ale to mogła być celowa zagrywka. Jeśli chodziło mu o rozgłos – a na to wygląda – to cel osiągnął. O jego walce i słowach po niej napisały wszystkie największe portale zajmujące się MMA. To kolejny dowód na to, że Gamrot szybko uczy się nie tylko amerykańskiego sznytu w oktagonie, ale też przed kamerami, co w UFC jest niemniej ważne.

Amerykańscy komentatorzy są zgodni – jeśli wygra jeszcze jedną lub dwie walki nie zaliczając po drodze żadnej wpadki, zacznie być brany pod uwagę przy zdecydowanie większych wydarzeniach i nie wykluczają, że w przeciągu najbliższych dwóch lat stanie do walki o pas. Pokazał potencjał, udowodnił, że wciąż się rozwija, pot rafi wyciągać wnioski i rozumie otaczający go świat UFC. Czy będzie trzecim po Joannie Jędrzejczyk i Janie Błachowiczu Polakiem, który zdobędzie pas największej i najbardziej prestiżowej federacji na świecie? Trzymamy kciuki.

FOT. Roger Gor/Wikimedia Commons

autor-janas