wstecz

O kontrowersyjnym fenomenie Transfermarktu

Zaczęło się od niewielkiego projektu – dwie dekady temu kibic Werderu Brema zaczął kompletować bazę danych austriackich piłkarzy. Dziś Transfermarkt nie znika z ekranów telefonów czołowych agentów i dyrektorów światowej piłki. Nad swoimi statystykami ubolewa Ronaldo, swoje działania nimi podpierał Bartomeu, a na piłkarskich peryferiach anonimowi piłkarze próbują dzięki nim wejść na salony. Jedno tylko nie uległo zmianie – za danymi Transfermarktu stoją najzwyklejsi użytkownicy. I choć brzmi to jak ładna historyjka o przełamywaniu barier i demokratyzacji sportu, ten niemiecki portal równie dobrze można nazwać największą manipulacją w historii piłki.

Pokłady danych Transfermarktu robią wrażenie. 20 lat temu garstka pasjonatów spędzała wieczory obdzwaniając kluby z austriackiej piramidy ligowej, prosząc o zdjęcia i jakkolwiek rozróżnialne statystyki – uzupełniali coś, co przypominało rozbudowany arkusz kalkulacyjny. Imiona, daty urodzenia, pozycje, a jak się udawało dorzucali też zdjęcia.

Dziś w bazie Transfermarktu można znaleźć już niemalże wszystko, każdy najmniejszy detal piłkarskiego środowiska. Które kluby w Premier League mają najbardziej obiecującą młodzież? A w Mozambiku? Jak długi kontrakt ma król strzelców ligi gruzińskiej? A kto prowadzi autobus FC Köln? Transfermarkt wie wszystko.

Jak włączyć FIFĘ, ale bez konsoli…

Bill Manning, prezydent FC Toronto z MLS, z zapartym tchem oglądał finał EURO 2020. Jego serce biło dla Włochów, którzy w jego mieście mają szczególnie liczną reprezentację. Po triumfie Azzurri, otworzył laptopa, w jednym okienku włączając Excela, a w drugim… Transfermarkt.

W wyszukiwarce zaznaczył narodowość włoską i kończący się po sezonie kontrakt. Każdy piłkarz, którego uznał za „jakości światowej klasy” trafiał do arkusza. Po zawężeniu zebranych danych (uwzględniał dodatkowo „wartość wizerunkową”), na zielono zaświeciła się komórka z nazwiskiem Lorenzo Insigne. Pół roku później filigranowy skrzydłowy podpisywał kontrakt w Kanadzie.

 

W sprawozdaniach finansowych Lyonu, Marsylii czy Porto, czyli klubów znanych z dużego przemiału kadrowego, znajdują się estymacje oparte na liczbach z Transfermarktu. Podczas gdy Francuzi i Portugalczycy wykorzystują te dane do miarodajnego podparcia pewnych estymacji, o krok dalej (a raczej – o krok za daleko) zrobił Josep Maria Bartomeu.

Były szef Barcelony, którego nazwisko w annałach futbolu bynajmniej nie będzie figurować w gronie „najbardziej przedsiębiorczych”, odpierając zarzuty dziennikarzy o znaczącym przepłaceniu za niewypał Arthura Melo, argumentował, że… wydana kwota była współmierna do wartości Brazylijczyka na Transfermarkcie.

 

W międzyczasie, Niemcy zdążyli zaleźć za skórę Cristiano Ronaldo. Kiedy w mediach społecznościowych Transfermarktu pojawiła się lista najwyżej wycenionych piłkarzy powyżej 33 roku życia, Portugalczyk dostał małpiego rozumu. Najpierw zasypał administrację wiadomościami w których… nie zgodził się z werdyktem, po czym wysłał kilka „uśmieszków” i zablokował konwersację.

Mądrość tłumu

Martin Freundl, czyli człowiek odpowiadający za przypieczętowanie wartości piłkarzy Bundesligi, wciąż nie wychodzi ze zdumienia nad tym, jaki wpływ jego hobby wywiera na środowisko. – Mam najzwyczajniejszą pracę, a Transfermarktem zajmuję się po godzinach. Siadam do komputera i estymuję ceny poszczególnych zawodników. A kluby warte miliony potem biorą to na poważnie. Kontrast jest niesamowity – przyznał Niemiec w jednym z wywiadów.

To może zabrzmieć absurdalnie, ale wykorzystywanie Transfermarktu w działaniach biznesowych od dawna jest w środowisku znormalizowane. Przede wszystkim dlatego, że nie ma ustandaryzowanego i uniwersalnego sposobu, by ocenić wartość piłkarza. Jakub Moder, za którego Lech Poznań wynegocjował rekordową kwotę dla polskiej ekstraklasy, przez Manchester United mógłby zostać oddany za darmo. Jest zbyt dużo zmiennych, by ustalić standard.

I wtedy właśnie wkracza Transfermarkt. Opierając się na tzw. „mądrości tłumu” (model pokrewny do Wikipedii), portal bazuje swoje wyceny na demokratycznej wypadkowej estymacji tysięcy użytkowników.

Choć jest to w pełni jawna informacja, statystyki wycen podawane przez Transfermarkt nabrały w środowisku znacznie większego znaczenia, niż było ich zamierzeniem. Badania wykazują, że dyrektorzy, agenci i piłkarze posługują się liczbami z portalu w negocjacjach, a liczby mają „wysoką relewantność ekonomiczną”. W pewnym momencie, trudno wskazać w którym, wyceny Transfermarktu przestały być estymacjami, a stały się faktem.

PIERWSZY punkt styku

I to właśnie w tym miejscu środowisko zabłądziło. Nie można podważyć zasadności wykorzystania Transfermarktu jako istotnego narzędzia w procesie skautingowym. Ba, nawet Football Manager stanowi niezwykle cenną i precyzyjną bazę danych.

 

Sami właściciele niemieckiego portalu zaznaczają jednak, że powinien być traktowany jako „pierwszy punkt styku” w procesie rozpoznania. – Kluby nie powinny podejmować kluczowych decyzji oparte o cyferki na naszej stronie. Nasza metoda nie jest naukowa – przyznał zszokowany wpływem Transfermarktu na rynek transferowy Christian Schwarz, kierujący zespołem ludzi odpowiedzialnych za ustalanie wycen.

Szczególnie w niższych ligach Transfermarkt odgrywa kluczową rolę. Dyrektorzy sportowi, m.in. polskich klubów, są na Whatsappie zasypywani linkami do profili piłkarzy, o których nigdy wcześniej nie słyszeli. Dyrektor jednego z hiszpańskich klubów przyznał, że „o cokolwiek nie zapyta, usłyszy, że można to sobie sprawdzić na Transfermarkcie”.

Romain Molina, człowiek odpowiedzialny za ujawnienie całej sterty brudów z piłkarskiego środowiska, przyznał m.in. że piłkarze i agenci z mniej rozpoznawalnych lig pod stołem „załatwiają sobie” podwyżki wartości transferowej, którą później wykorzystują w negocjacjach.

Pracownicy platformy sami między wierszami przyznali, że nie cały proces jest bajkowo demokratyczny. Mówią o telefonach z niższych lig, których celem jest skrupulatne „uzupełnianie statystyk”. Cel jest oczywisty – wpływ na wartość transferową.

Przede wszystkim – nie jest nawet jasne czym dokładnie są Transfermarktowe liczby, ani jakie uwzględniają zmienne. Kiedy Atletico Madryt płaciło 130 milionów euro za Joao Felixa, „wartość” Portugalczyka wynosiła 70 milionów. Tymczasem Borussia Dortmund za „wartego” 45 milionów Erlinga Haalanda zapłaciła ponad 2 razy mniej.

Ostatecznie estymacje Transfermarktu pozostają estymacjami, które – o ile są precyzyjne – mogą się pokrywać z ostateczną kwotą zapisaną w kontrakcie. A w najlepszym wypadku stanowić jeden z argumentów w rozmowach. Nie są w stanie zastąpić arbitralnej wymiany obu stron negocjacji.

Rafał Hydzik
Piłka nożna
Translate »