wstecz
Ochraniacze piłkarskie – martwy przepis?

Zgodnie z przepisami gry w piłkę nożną strój piłkarski składa się z koszulki, spodenek, getrów, butów i ochraniaczy na piszczele. Coraz więcej piłkarzy marginalizuje ten ostatni aspekt i kombinuje jak może. Dlaczego tak się dzieje?

Trudno oprzeć się wrażeniu, że wielu zawodowych piłkarzy traktuje konieczność używania ochraniaczy na golenie jak zło konieczne. Nie wszyscy wiedzą, ale korzystanie z nich na wszystkich szczeblach rozgrywkowych w Polsce i na świecie nie wynika z woli zawodników czy zawodniczek, lecz jest to konkretny wymóg.

„Ubiór
Do obowiązkowego ubioru zawodnika należą następujące oddzielne części:

  • koszulka z rękawami
  • spodenki
  • getry – taśma lub jakikolwiek inny użyty materiał na zewnątrz getrów musi być w tym samym kolorze, co część getry, do której został zastosowany lub którą zakrywa
  • ochraniacze piszczeli – muszą być sporządzone z odpowiedniego materiału, stanowiącego odpowiedni stopień ochrony i muszą być zakryte przez getry
  • obuwie”

To fragment oficjalnych przepisów gry w piłkę nożną w Polsce, lecz niczym nie różnią się one od tych funkcjonujących w innych krajach czy rozgrywkach międzynarodowych. Każdy taki podręcznik musi być zaakceptowany przez FIFA i zgodny z jej wytycznymi.

Na bakier z techniką

Nie wszyscy są zwolennikami tego przepisu. Jest wielu piłkarzy będących za zniesieniem go i braniu ryzyka na siebie. Na tę chwilę jest on jednak obowiązujący, dlatego coraz częściej spotyka się takie praktyki:

 


Piłkarz na zdjęciu to Naby Keïta z Liverpoolu, a wykonano je podczas oficjalnego meczu Premier League. Widać na nim ochraniacz przypominający wielkością pudełko zapałek.

– Jeśli mam być szczery, to nie jestem szczególnie zaskoczony tym obrazkiem. Już za moich czasów piłkarze lubili troszkę zakombinować. Sam osobiście zawsze starałem się tak dobrać ochraniacze, żeby miały przynajmniej te 15 centymetrów długości i jak najwięcej zasłaniały. Ważne było też odpowiednie dopasowanie do piszczela. Największym problemem było to, że ochraniacze wykonywano z materiału, który chłonął wilgoć. Kiedy padało lub noga była bardzo spocona, to stawały się kilkukrotnie cięższe niż przed założeniem – wspomina Michał Żewłakow, 102-krotny reprezentant Polski.

Nasz rozmówca zgadza się z tezą, że po tak małe ochraniacze sięgają zazwyczaj piłkarze techniczni, którzy bazują na szybkości i dryblingu.

– Na podstawie tego co obserwowałem jeszcze jako piłkarz i teraz uważam, że na takie podejrzane manewry faktycznie decydują się skrzydłowi lub rozgrywający. Konkretna „deska” zwyczajnie potrafi przeszkadzać w dobrym przyjęciu mocnego podania, a czasami nawet w próbie minięcia rywala bardziej skomplikowanym zwodem – podkreśla nasz rozmówca.

– Sam widzę po swoich dzieciach, że dzisiaj zarówno ochraniacze jak i buty są wykonywane z innych tworzyw, które nie chłoną wody i są bardzo lekkie. Mimo to często widzimy sytuacje takie jak ta z Liverpoolu, chociaż wystarczy popatrzeć na nasze boiska. Piłkarze będący na bakier z techniką z pewnością będą starali się ułatwić sobie życie i wybierać te jak najmniejsze – uważa Żewłakow, który po zakończeniu kariery był m.in. dyrektorem sportowym Legii Warszawa i Zagłębia Lubin, a dziś jest ekspertem Canal+ Sport.

Karta do gry zamiast ochraniacza

Jeśli już przy ekstraklasie jesteśmy, to zapytaliśmy o ochraniacze jednego z grających w niej piłkarzy, który poprosił o anonimowość. Niemniej jest to zawodnik spełniający wymogi młodzieżowca w sezonie 2021/2022, występujący w klubie z górnej części tabeli.

– Nie oszukujmy się, wystarczy wejść do szatni i się rozejrzeć. Mniej więcej połowa chłopaków ma ochraniacze w rozmiarze dziecięcym. Nie chodzi o to, że takie dostają od firmy dostarczającej im sprzęt, tylko konkretnie takie zamawiają – mówi wprost.

– Każdy, kto decyduje się na taki ruch, bierze na siebie ryzyko. Ja po dwóch cięższych kontuzjach trochę zmieniłem swoje myślenie. Wciąż staram się dopierać „deski” tak, żeby w możliwie najmniejszym stopniu utrudniały mi grę, ale też zabezpieczyły mnie przed kolejnym urazem w przypadku mocnego kopnięcia – dodaje piłkarz będący nominalnie środkowym pomocnikiem, lecz mającym na koncie sporo występów na boku pomocy.

O głos w tej sprawie poprosiliśmy także przedstawiciela środowiska sędziowskiego. Arbiter Damian Sylwestrzak robi piorunującą karierę. W wieku 29-lat prowadzi mecze PKO Ekstraklasy i właśnie został nominowany jako kandydat na sędziego międzynarodowego. Niemniej przygodę z gwizdkiem zaczynał od najniższych poziomów i tam spotykał się z różnymi dziwnymi sytuacjami.

– Pamiętam jak kiedyś jeden z zawodników zamiast ochraniacza miał… kartę do gry. Taką zwykłą, wyciągniętą z talii. Akurat to nie było na jakimś bardzo niskim szczeblu, bo jeśli mnie pamięć nie myli, to zdarzyło się tak w III lidze (czwarty poziom rozgrywkowy w Polsce – przyp. red). Pokazał mi to dopiero po spotkaniu. Przed meczem trudno jest to zweryfikować. Widać, że coś pod getrami jest, ale nie widać co – wspomina Sylwestrzak dodając, że akurat przed sezonem 2021/2022 sędziowie byli uczulani na ten aspekt i zwracali na to uwagę piłkarzom podczas obowiązkowych szkoleń.

Karta do gry w III lidze to jedno, ale cytowany wcześniej Michał Żewłakow w Grecji widział, jak piłkarz w ogóle nie miał ochraniaczy. Kiedy zwrócono mu na to uwagę, szybko zaczął je sobie… wycinać z kartonu. Innym razem ktoś zamiast ochraniacza na piszczel włożył sobie kawałek zwykłej materiałowej getry, bo był zaskoczony tym, że trener dał mu 30 sekund, by się przebrać i wejść na boisko za kontuzjowanego kolegę. O ile przed meczami sędziowie bardziej są w stanie sprawdzać takie szczegóły, to w trakcie meczu jest o to trudniej, bo pojawia się presja czasu. Idealnie obrazuje to słynny filmik z Janem Urbanem w roli głównej, z czasów jego pracy w Legii Warszawa.

Sędziowie ekstraklasy poruszają ten temat w swoim środowisku. Ostatnio zauważyli, że podobne zabiegi stosuje np. Maciej Żurawski z Pogoni Szczecin, noszący charakterystycznie opuszczone getry. Zwrócili uwagę na pewną zależność – po faulach na nim najdłużej leży na murawie i zwija się z bólu. To najlepszy dowód na to, że porządne ochraniacze, dobrze dopasowane do nogi, mają sens.

– Jest to problem, który przy odpowiedniej mobilizacji pewne da się rozwiązać. Posłużę się przykładem: kibice ekstraklasy i I ligi zapewne dobrze pamiętają, w jakich getrach grał Petteri Forsell. Zawsze wycinał sobie z tyłu dziury na łydki. To nie było zgodne z przepisami i na dodatek nieestetycznie wyglądało. Akurat on zapadł mi w pamięć, ale to nie był jedyny piłkarz, który tak robił. Ustaliliśmy sobie, że będziemy tego skrupulatnie pilnować, zwracać uwagę przed meczami i problem zniknął. Mam nadzieję, że z ochraniaczami będzie podobnie, bo tu chodzi także o zdrowie zawodników – podsumował Sylwestrzak.

fot. Wiki Commons CC 3.0