wstecz
Piłkarskie oświadczenia

Nie milkną echa porażki reprezentacji Polski z Węgrami, po której straciliśmy szansę na rozstawienie w barażach o awans na przyszłoroczne mistrzostwa świata w Katarze. Największym zarzutem pod adresem naszej kadry jest oszczędzanie w tym spotkaniu Roberta Lewandowskiego. Co na to sam Lewandowski? Lewandowski wydał oświadczenie. No i się zaczęło…

Oświadczenia wydawane w ostatnim czasie przez podmioty piłkarskie w polskiej przestrzeni publicznej nie cieszą się dobrą sławą. Tym razem nawiązała do nich – choć nie taki był zamiar – żywa ikona naszej piłki. Robert Lewandowski wielkim piłkarzem jest i tego nikt ani nic nie podważy. Jeden z głównych kandydatów do zgarnięcia Złotej Piłki za rok 2021, który został w pewnym sensie okradziony z tej nagrody w ubiegłym roku (ze względu na pandemię magazyn „France Football” postanowił nie przyznawać Złotej Piłki za rok 2020), postanowił odpowiedzieć na krytykę ze strony opinii publicznej i kibiców.

Zarzuca mu się przede wszystkim przełożenie interesów klubowych ponad reprezentacyjne i zamiast odpocząć w którymś z meczów Bundesligi, postanowił nie zagrać z Węgrami. Bardziej wyrozumiali mówią, że skoro już chciał zadbać o lepszą regenerację podczas przerwy na reprezentacje, to powinien nie zagrać z Andorą, z którą Biało-Czerwoni mieli obowiązek wygrać, nawet grając w dziewiątkę, a nie z „Madziarami”, którzy przecież dopiero co zachwycali swoją grą podczas niedawnego Euro.

Cała drama rozbijała się o to, kto ostatecznie taką decyzję podjął. Będący blisko kadry eksperci jak np. Mateusz Borek przekonują, że najlepszy piłkarz świata sam decyduje o tym kiedy gra, a kiedy potrzebny mu odpoczynek. Jeszcze przed rozpoczęciem zgrupowania w Katalonii miał ustalić w rozmowie z Paulo Sousą, że jeśli Polska wygra z Andorą i będzie miała zapewnione baraże, to on odpocznie w starciu z Węgrami. Portugalczyk z koeli przekonywał, że decyzję podjął sam i podkreślał, że drugi raz zrobiłby to samo, bo „drużyna musi nauczyć się funkcjonować bez swojego kapitana”. Bombardowany pytaniami o tę sytuację Lewandowski w końcu wydał oświadczenie.

 

Problem polega na tym, że zamiast pożar ugasić, tylko dolał oliwy do ognia. Czytamy tam m.in. że: „Trener słusznie nie chciał zlekceważyć meczu z Andorą. Wspólnie ustaliliśmy, że zagram w tym spotkaniu i w przypadku wygranej, w meczu z Węgrami szansę dostaną inni zawodnicy” oraz: „Żałuję, że nie mogłem pomóc drużynie na boisku, ale dzisiaj musimy skupić się na przyszłości, bo jeszcze niczego nie przegraliśmy.”

Trzeba przyznać, że nie wszystko się ze sobą klei, a Lewandowski w kilku wersach wręcz sam sobie szkodzi. Oświadczenie trafiło na podatny grunt, bo gdzie jak gdzie, ale akurat w Polsce jesteśmy przyzwyczajeni do absurdalnych oświadczeń, czy to ze strony klubów, czy samych piłkarzy.

Wisła Kraków – niedościgniony wzór

Najsłynniejsze w ostatnich latach były oświadczenia wydawane przez Wisłę Kraków. Kiedy zespół miał przejąć tajemniczy inwestor z Azji Vanna Ly, czytaliśmy klubowe komunikaty, z których każdy następny był bardziej absurdalny. Bezkonkurencyjny okazał się jednak ten, w którym „Biała Gwiazda” ogłosiła, że do sprzedaży klubu wciąż nie doszło, gdyż „Pan Ly poważnie zachorował  w trakcie lotu przez Atlantyk i nie ma z nim kontaktu.”

 

Kilka lat wcześniej klub wojował podobnie absurdalnymi oświadczeniami z Polskim Związkiem Piłki Nożnej, kiedy Izba ds. Rozwiązywania Sporów Sportowych przyznała rację bramkarzowi Wisły Radosławowi Cierzniakowi. Wnioskował on o rozwiązanie kontraktu z winy klubu, argumentując, że jest pozbawiony możliwości wykonywania zawodu, co oczywiście było prawdą (Wisła nie chciała się zgodzić na jego odejście, więc zesłała go do rezerw, gdzie nie mógł ani trenować z resztą drużyny, ani grać).

„Stanowczo protestujemy przeciwko sytuacji, w której decyzje podejmowane są bez uwzględnienia wniosków wszystkich zainteresowanych stron – w tym przypadku bez uwzględnienia wniosków naszego klubu.” Problem w tym, że żadnego wniosku ze strony Wisły nie było.

„Izba ds. Rozwiązywania Sporów Sportowych nie wzięła pod uwagę nowych okoliczności, które wystąpiły w sprawie, a zatem m.in. przywrócenia zawodnika Radosława Cierzniaka do treningów z pierwszą drużyną.” Tu – szok i niedowierzanie – kolejne kłamstwo. Cierzniak nie został przywrócony i nie odbył żadnego treningu.

Źli i niedobrzy sędziowie

O Wiśle można by jeszcze długo, ale nie jest tak, że tylko ona ma problem. Nie lepiej jest po drugiej stronie krakowskich Błoń. Profesor Janusz Filipiak, właściciel i prezes Cracovii, w trakcie spotkania derbowego z Wisłą obrażał prowadzącego zawody Daniela Stefańskiego. Spadła na niego spora krytyka, więc klub wydał oświadczenie, w którym sugeruje, że ten arbiter sprzyjał Wiśle, gdyż jego żona jest… kibicem Wisły.

 

Oczywiście szybko okazało się, że nie żona, a dziewczyna i nie Wisły, a jeśli już, to Cracovii, która jest klubem wielosekcyjnym i kiedyś była związana z jedną z nich.

Problem z rzekomą stronniczością arbitrów w podobny sposób wyrażała m.in. Teramalica, za sprawą swojej prezes Danuty Witkowskiej. Wraz z mężem zbudowała ten klub niemalże od podstaw, wprowadzając go aż do ekstraklasy. W 2018 roku Bruk-Bet miał mecz decydujący o być albo nie być w najwyższej klasie rozgrywkowej. Mierzył się ze Śląskiem Wrocław i przegrał 1:2. Wrocławianie oba gole strzelili po ewidentnych rzutach karnych i przez większość meczu grali w przewadze, bo jeszcze przed przerwą z boiska wyleciał Martin Miković. Czerwona kartka dla Słowaka także nie budziła większych kontrowersji. Tymczasem na oficjalnej stronie klubu pojawił się komunikat:
„To co działo się w Niecieczy w pierwszej połowie to piłkarski poker”. Podpisała się pod nim prezes Witkowska.

Wirtualne podanie ręki musi wystarczyć

Szerokim echem dobiło się także oświadczenie wydane przez Dominika Furmana i Tarasa Romańczuka. Podczas meczu pomiędzy Jagiellonią a Wisłą Płock ten pierwszy w utarczce słownej na boisku miał nazwać pochodzącego z Ukrainy rywala per „banderowiec”. Wściekły Romańczuk wyżalił się po meczu dziennikarzom i powiedział, że ręki Furmanowi już nie poda i że lepiej, by nie wchodził mu w drogę.

Furman najpierw zaprzeczył, że użył takich słów w stosunku do Romańczuka, ale niedługo potem, by załagodzić sytuację, obaj Panowie wystosowali wspólne oświadczenie.

„Podczas ostatniego meczu ligowego Jagiellonia Białystok – Wisła Płock doszło do ubolewania godnego incydentu z naszym udziałem. W spotkaniu tym nie brakowało twardej walki na boisku, a przy okazji wywiązała się nasza niepotrzebna „bitwa na słowa”. Niestety padły wyrażenia, które nigdy nie powinny paść… Oczywiście, każdy kto grał w piłkę nożną (nawet na najniższym poziomie), wie jak trudno zapanować nad emocjami, zwłaszcza tymi złymi, niegodnymi szanującego się sportowca.  W związku z tym chcielibyśmy przeprosić wszystkich tych, którzy obserwowali ten mecz i całą polską rodzinę piłkarską. Zdajemy sobie sprawę, jak złe wrażenie wywołała nasza „dyskusja”. Wyjaśniliśmy to między sobą i podaliśmy (na razie wirtualnie) sobie ręce.”

No i teraz nie wiadomo, czy Furman jednak nazwał tak Romańczuka, czy tego nie zrobił. Aby się tego dowiedzieć, musieliśmy poczekać do kolejnego bezpośredniego spotkania pomiędzy Wisłą Płock a Jagiellonią. Tak się „nieszczęśliwie” składa, że obaj byli wówczas kapitanami swoich drużyn, więc ich „pojednanie” mogliśmy zobaczyć już podczas losowania stron. Furman wyciągnął rękę w stronę Romańczuka, ale ten nie zareagował. Najwyraźniej wspomniane w oświadczeniu „wirtualne podanie rąk” było warte tyle samo, co pozostała jego treść.