wstecz

Rak polskiej piłki. Motywacyjni pseudokibice

W minionej kolejce PKO Ekstraklasy dwie drużyny miały – mówiąc delikatnie – dość nieprzyjemne spotkania ze swoimi „kibicami”. Niestety nie jest to zjawisko nowe w polskim środowisku piłkarskim. Podobne akcje zdarzają się w miarę regularnie, za każdym razem są równie żenujące i utwierdzają stereotypy.

Legia Warszawa przypomina w tym sezonie klub mem, o czym pisaliśmy już na „The Sport”. Na tę chwilę trzeba wręcz brać pod uwagę scenariusz – choć dalej wydaje się on mało prawdopodobny – w którym Legia będzie trzecim w historii po Polonii Bytom i Zagłębiu Lubin klubem, który jako aktualny mistrz Polski spada do niższej klasy rozgrywkowej. W zasadzie to drugim, bo Zagłębie pod względem sportowym radziło sobie nieźle, lecz musiało odpowiedzieć za korupcyjne grzechy z przeszłości.

Tej sytuacji nie wytrzymali… no właśnie – kto? Bo przecież nie kibice. Nie wrzucajmy wszystkich do jednego wora. Ultrasi? Najbardziej zagorzała grupa, ale większość z nich skupia się przecież na wspieraniu swojej drużyny, organizowaniu dopingu, a nawet angażuje się w akcje charytatywne. Ludzie napadający na innych ludzi to po prostu bandyci i tak powinno się ich określać, choć w świecie piłki jest określenie dobrze opisujące takich ludzi – pseudokibice.

Zatrzymali zmierzający do Legia Training Center autokar z piłkarzami wracającymi z Płocka (ekipa ze stolicy przegrała w niedzielę z tamtejszą Wisłą 0:1, ponosząc 12. ligową porażkę w tym sezonie), mimo że ten miał policyjną eskortę. Ciągle nie wyjaśniono, jak do tego doszło, ale ostatecznie kilku bandytów wparowało do autokaru i zaczęło okładać piłkarzy. Najbardziej ucierpieli Brazylijczyk Luquinhas, Azer Mahir Emreli i Portugalczyk Rafael Lopes. Ten pierwszy pojechał nawet do szpitala na obdukcję (był poturbowany i miał rozcięty łuk brwiowy). O sprawie poinformował Sebastian Sztaszewski.

 

Policja zajęła się tą sprawą, ale jako że nie jest to pierwsza tego typu patologia w polskiej piłce, to już jakiś czas temu powstał przepis pozwalający piłkarzom w takich sytuacjach rozwiązywać kontrakty z winy klubu. Pokrótce oznacza to, że jeśli PZPN przyzna im rację, to mogą odejść za darmo, a pracodawca musi wypłacić im wszystkie pieniądze należne do końca rozwiązywanej umowy, lub ewentualnie iść na ugodę i dogadać z piłkarzem formę i kwotę rozliczenia.

 

Podstawą tego przepisu jest fakt niezapewnienia drużynie bezpieczeństwa. Z Łazienkowskiej 3 w Warszawie już dochodzą głosy, że klub nie będzie się na to godził, ponieważ do „incydentu” doszło przed wjazdem na teren Legia Training Center w podwarszawskich Książenicach. Sęk w tym, że przejazd do i z Płocka także organizował klub, więc argumenty Legii są absurdalne.

„Nie jesteście godni tych barw”

Nie tak drastyczne w skutkach, ale również dalece nieprzyjemne spotkanie ze swoimi „kibicami” mieli w poniedziałek piłkarze Śląska Wrocław. Przegrali w Grodzisku Wielkopolskim z będącą w strefie spadkowej Wartą Poznań (1:2) i podobno nie chcieli przepraszać siedzących w sektorze gości fanów z Wrocławia. W efekcie ci zagrozili im, że jeśli ci natychmiast nie oddadzą im koszulek, to będzie z nimi „gorzej niż na Legii”. Trójkolorowi w większości trykoty oddali. Widać to pod koniec poniższego nagrania.

Dla kilku z nich było to swoiste déjà vu, bo podobna akcja miała miejsce po przegranych derbach z KGHM Zagłębiem Lubin kilka lat temu, a dokładnie w marcu 2016 roku. Wówczas atmosferę na trybunach Stadionu Wrocław można było ciąć nożem.

Polowanie na mieście

Jeśli już o Zagłębiu Lubin mowa, to nie można nie wspomnieć o jednym z najgłośniejszych pobić piłkarzy przez pseudokibiców własnego klubu w XXI wieku. W sezonie 2013/2014 Zagłębie grało naprawdę źle, by nie powiedzieć fatalnie. W grudniu wśród kibiców rozpowszechniane były informacje – podobno także zdjęcia, choć nigdy nie wyciekły do mediów – że piłkarze mimo bycia na przedostatnim miejscu w tabeli nieszczególnie przejmują się losami klubu i balują. By nie narażać się miejscowym fanom, mieli jeździć na dyskoteki do Zielonej Góry (85 km), Leszna (70 km), a raz widziani byli nawet w czeskiej Pradze.

To w połączeniu z wynikami przelało czarę goryczy. Już w listopadzie z trybun leciały okrzyki w stylu:
„Nie chcecie grać, macie się bać!”

„Jak na mieście was złapiemy, to wam nogi połamiemy.”

Nic nie usprawiedliwia tego, co zgotowali pseudokibice. Na słowackiego pomocnika Roberta Jeża, nazywanego jednym z najbardziej przepłaconych piłkarzy całej ekstraklasy, bandyci czaili się pod jego mieszkaniem. Kiedy do niego wracał, został napadnięty i dotkliwie pobity. Więcej szczęścia miał bramkarz Michał Gliwa, którego samochód został obrzucony cegłami. Na szczęście jemu samemu nic się nie stało. Skończyło się na rozwiązaniu umów za porozumieniem stron, a finalnie pseudokibice nic nie osiągnęli. Wprawdzie drużyna wygrała następny mecz z Podbeskidziem, lecz ostatecznie spadła z ligi, zajmując ostatnie miejsce.

Awans to za mało?

Jeszcze bardziej absurdalne było to, co wydarzyło się po ostatnim meczu sezonu 2019/2020 w II lidze. Walczący o awans Widzew Łódź przed wybuchem pandemii koronawirusa grał jak z nut i pewnym krokiem zmierzał do I ligi. Problemy zaczęły się po wznowieniu rozgrywek, bo zespół zawodził i seryjnie tracił punkty ze słabszymi rywalami.|

Fart łodzian polegał na tym, że trzeci w tabeli GKS Katowice zadawał się robić wszystko, by nie wyprzedzić ich w tabeli. Potykał się Widzew, to w tej samej lub następnej kolejce swój mecz przegrywała „GieKSa”. Przed ostatnią kolejką sytuacja była jasna i klarowna – Widzew musiał wygrać ze Zniczem Pruszków przed własną publicznością, by bez oglądania na rywali mieć awans w kieszeni. Drużyna sprawiła kolejny zawód i przegrała 0:1, lecz katowiczanie tylko zremisowali swoje spotkanie, dzięki czemu ekipa z serca Łodzi mogła świętować awans.

Mogła, ale zamiast tego musiała się bronić przed atakiem wściekłych pseudokibiców, którzy najpierw ich wybuczeli, wygwizdali i z wyzywali, a następie wparowali na murawę, zaczęli zdzierać z nich koszulki, a nawet bić. Kilku zawodników oberwało po głowach. Do akcji musiała wkroczyć policja, która najbardziej krewkich bandytów zakuwała w kajdanki.

– Szanuję kibiców, ale tych prawdziwych! Tych, którzy przychodzą na ten stadion, jeżdżą na wyjazdy i wspierają nas na dobre i na złe, a nie tylko wtedy, kiedy dobrze idzie, albo wyzywają, jak jest gorzej. Po meczu ze Zniczem przekroczone zostały granice, które nigdy nie powinny zostać przekroczone. Takie kibolstwo to rak polskiej piłki – powiedział dziennikarzowi „Expressu Ilustrowanego” jeden z zawodników, prosząc o anonimowość.

Wiadomo tylko, że to jeden z tych, który oberwał w tamtym spotkaniu i odszedł z klubu. Pytanie, czy na to samo zdecydują się teraz piłkarze Legii? Wiele wyjaśni się w najbliższych dniach.

Fot. Wikimedia Commons

autor-janas