wstecz
„The Show Must Go On”

Nie milkną echa wtorkowego meczu Albania – Polska w el. mistrzostw świata w Katarze. Niestety nie tylko ze względów sportowych, choć ta wygrana otworzyła Polakom autostradę do barażów, ale także przez zachowanie miejscowych pseudokibiców. Co musi się stać, by w końcu FIFA, UEFA lub krajowe związki powiedziały dość?

77 minuta meczu na Air Albania Stadium w Tiranie. Piłkę na połowie gospodarzy przychwytuje Tymoteusz Puchacz, oddaje ją rezerwowemu Mateuszowi Klichowi, a pomocnik Leeds United popisuje się fenomenalnym długim zagraniem w pole karne, do którego dopada inny zmienik Karol Świderski i dopełnia formalności. Wybuch radości w sektorze zajmowanym przez polskich kibiców i na ławce naszej drużyny miesza się ze wściekłością miejscowych „kibiców”, którzy rzucają w cieszących się Polaków wszystkim, co mają pod ręką. W ruch poszły butelki z wodą, zapalniczki, a nawet monety.

Selekcjoner Paulo Sosua nie ma wątpliwości. Po opanowaniu radości macha w kierunku swoich zawodników, nakazując im zejście z boiska. Reagują sędziowie, którzy po chwili narady z delegatem także wydają takie polecenie. Komunikaty wysyłane do mediów są różne, ale żaden z nich nie zakłada całkowitego przerwania meczu i wygranej Biało-Czerwonych walkowerem.

Nie jest to pierwszy tego typu przypadek i to patrząc tylko na ostatnie miesiące czy lata. Zarówno europejska (UEFA) jak i światowa (FIFA) centrala piłkarska, zdecydowanie stronią od przerywania spotkań. Zachowanie kibiców to najczęstszy, acz niejedyny powód do podjęcia takiej decyzji. Wystarczy spojrzeć na mecz Dania – Finalndia podczas Euro 2020. Pod koniec pierwszej połowy zasłabł Christian Eriksen. Pomocnik Interu Mediolan nie dawał znaków życia. Doszło do zatrzymania akcji serca i przez kilka minut był reanimowany na murawie, na oczach tysięcy kibiców na stadionie i milionów przed telewizorami.

Nawet ta mrożąca krew w żyłach scena nie była w stanie wymóc na (w tym przypadku) UEFA decyzji o przerwaniu zawodów i dokończeniu ich w innym terminie. Początkowo sami piłkarze obu drużyn nie chcieli wracać na boisko, ale kiedy okazało się, że funkcje życiowe duńskiego pomocnika zostały przywrócone i odzyskał świadomość, UEFA nakazała wznowienie meczu. Wielu kibiców pukało się po głowach. Zmieszani Duńczycy przegrali to spotkanie 0:1.

Jakiś czas po tym zdarzeniu głos zabrał bramkarz reprezentacji Danii Kasper Schmeichel, który przyznał, że decyzja o wznowieniu gry była pochopna, podjęta w dużych emocjach i że nie powinno dojść do powrotu na boisko.

„Na zachodzie sobie poradzono”
W mało którym kraju na Starym Kontynencie problem z pseudokibicami jest znany tak dobrze, jak w Polsce. Tzw. ustawki, odpalanie pirotechniki na stadionach i – co gorsza – wrzucanie jej na murawę. Często nie po to, by przerwać mecz, lecz by zrobić krzywdę piłkarzowi rywali, tak jak robili to we wtorkowy wieczór Albańczycy.

Wystarczy sięgnąć pamięcią do finału Pucharu Polski w 2016 roku pomiędzy Lechem Poznań a Legią Warszawa. Jeden z pseudokibiców „Kolejorza” trafił płonącą racą w bramkarza „Wojskowych” Arkadiusza Malarza.

Sędziowie mecz przerwali, ale po uspokojeniu sytuacji piłkarze wznowili grę. Nie brakowało głosów, że PZPN, czyli organizator finału na Stadionie Narodowym, powinien przerwać zawody i nie narażać zdrowia piłkarzy. Nic takiego się nie wydarzyło.
Podobne przypadki można mnożyć i przypominać o nich w nieskończoność. Krzywdzące są jednak tezy stawiane przez niektóre osoby w przestrzeni publicznej, że na zachodzie poradzono sobie z tym problemem. To wierutna bzdura, bo podobne przypadki wciąż zdarzają się na meczach Bundesligi, Premier League czy holenderskiej Eredivisie.

FIFA mądra po szkodzie
Mecz w Tiranie nie był jedynym, któremu przygląda się obecnie światowa centrala. W równolegle rozgrywanym starciu Anglia – Węgry na Wembley pseudokibice gości mieli obrażać na tle rasistowskim jednego ze stewardów. Do akcji musiała wkroczyć policja, z którą krewcy Węgrzy wdali się w bijatykę. Ostatecznie sytuację udało się uspokoić, ale tu także nikomu nawet przez myśl nie przeszło, by przerwać spotkanie. 

„FIFA obecnie analizuje raporty z wczorajszych meczów kwalifikacji mistrzostw świata, aby zdecydować o odpowiednich dalszych działaniach. FIFA ma zero tolerancji dla tak odrażających zachowań. Zdecydowanie potępiamy incydenty podczas meczów Anglia – Węgry i Albania – Polska i utrzymujemy stanowisko silnego sprzeciwu wobec jakiejkolwiek formy przemocy, dyskryminacji czy zniewagi” – czytamy w oficjalnym komunikacie wydanym przez tę organizację.

Jak nie wiadomo, o co chodzi, to wiadomo o co chodzi

Co z tego wynika? Że posypią się kary finansowe dla obu federacji, być może będą musiały rozegrać kolejny mecz (mecze?) przy pustych trybunach i będzie po sprawie. Czy nie dotkliwsze byłoby jednak ukaranie drużyny takich rebeliantów walkowerem? Czy nie wywarłoby to na nich większego wrażenia i następnym razem zastanowią się trzy razy, zanim sięgną po butelkę, pirotechnikę lub wdadzą się w bójkę? Karę i tak ponosić będą federacje, a nie pseudokibice.
Odpowiedzi na te pytania prawdopodobnie nie poznamy nigdy. Przyczyna jest prosta: Odwołanie zawodów na takim szczeblu w ich trakcie, oznacza nie tylko jeszcze większy międzynarodowy skandal, ale też utratę – przynajmniej części – dochodów pochodzących ze sprzedaży praw telewizyjnych czy kontraktów reklamowych. Telewizja ma prawo zażądać zwrotu pieniędzy za wydarzenie, którego ostatecznie nie mogła do końca pokazać. 

Trudno oprzeć się wrażeniu, że UEFA zapędziła się w kozi róg. Mecz Ligi Mistrzów pomiędzy PSG a Istanbul Basaksehir został przerwany, po tym jak Rumuński asystent sędziego Sebastian Coltescu miał w sposób rasistowski odezwać się do jednego z piłkarzy tureckiego klubu. Wówczas jednak gry odmówili sami piłkarze, za co początkowo groził im… walkower.
Ogromne oburzenie wokół doniesień o tego typu konsekwencjach sprawiło, że ostatecznie nic podobnego nie miało miejsca. Rasizm jest dla UEFA czymś szczególnie ważnym i jest na niego wyczulona dużo bardziej, aniżeli na inne bandyckie zachowania.

Dobrze pokazuje to wskazany przykład. Szczegółowe dochodzenie wykazało, że „w incydencie nie dopatrzono się znamion rasizmu”, ale 43-letni Coltescu i tak został zawieszony do końca sezonu i w ramach kary został zobligowany do wzięcia udziału w specjalnym programie edukacyjnym. Mówiąc krótko: Winy się nie dopatrzono, ale kara i tak musi być. Zupełnie odwrotnie, jak w przypadku chuliganów zagrażającym życiu i zdrowiu sportowców i innych uczestników imprez masowych.
Dla FIFA, UEFA i wielu krajowych federacji lepsze jest przymykanie oczu na takie zachowanie, aniżeli przykładne przerywanie spotkań i ewentualne straty finansowe. Niech się dzieje co chce, ale na końcu kasa musi się zgadzać. Legendarna grupa „Queen” już w 1992 roku śpiewała „The Show Must Go On”. Ten utwór w odniesieniu do poruszanego problemu wciąż pasuje jak ulał i chyba już nigdy się nie zestarzeje. A szkoda.