wstecz
simracing

Simracing jako przedsionek F1?

Lewis Hamilton po raz siódmy czy Max Verstappen po raz pierwszy – tytuł mistrza świata Formuły 1 rozstrzygnie się na finiszu. Dosłownie, bo przed nami ostatnie Grand Prix sezonu, przed którym obaj kierowcy mają na swoim koncie 369 i pół punktu. Świat motosportu wręcz kipi z emocji – szczególnie że podczas niedawno rozegranego Grand Prix Arabii Saudyjskiej obaj panowie zderzyli się na torze, co wywołało falę frustracji, pretensji i podtekstów. Za winowajcę zderzenia uznano Holendra, który znany jest z bezpardonowej jazdy nie tylko w rzeczywistości, ale i w rywalizacji wirtualnej, o czym przekonał się również czołowy polski kierowca e-sportowy Kuba Brzeziński. Polak występujący w barwach zespołu Williamsa rywalizował z Verstappenem kilka razy, ostatnio podczas wyścigu Le Mans 24 godziny.

Gamerzy kontra kierowcy F1

– Wspomnienia z tej rywalizacji mam bardzo mieszane. Oczywiście jeszcze kilka lat temu do głowy by mi nie przyszło, że znajdę się na jednym serwerze z pretendentem do tytułu mistrza F1. O ile inni kierowcy „z realu” nie wchodzą zazwyczaj na poziom absolutnej czołówki simracingowej, bo te niuanse i doświadczenie dają simracerom przewagę, to Max jest równie szybki w świecie wirtualnym co i rzeczywistym. Niestety, walczy też równie zacięcie co na torach F1, a etykieta wyścigowa w simracingu nie pozwala na aż tak agresywne ściganie Myślę, że każdy, kto widział walki Maxa w tym sezonie F1 rozumie co mam na myśli, gdy mówię, że ściganie z nim było z jednej strony dużym zaszczytem, ale z drugiej mocno frustrujące – mówi Brzeziński.

Koniec końców wszystko skończyło się po myśli polskiego kierowcy i jego zespołu, który triumfował w tym wirtualnym wyścigu. Zespół Verstappena, Team Redline, swoje szanse na sukces pogrzebał w dziesiątej godzinie rywalizacji kiedy bolid rozbił… Max Verstappen. Sukces ekipy Rebellion Williams eSport, w którym oprócz Brzezińskiego jechali również Nikodem Wiśniewski, Louis Deletraz oraz Raffael Marciello ponownie zwrócił uwagę świata motoryzacji na simracing. Pozostawienie w pokonanym polu kierowców F1 ma swoją wymowę i każe zastanowić się nad wykorzystaniem potencjału simracingu w służbie najwyższej klasy wyścigowej oraz odpowiedzią na pytanie, czy może on stać się przedsionkiem do Formuły 1.

 

Simracing przygotowaniem do F1?

 – Zdecydowanie. Simracing może częściowo zastąpić karting i pozwolić młodym kierowcom na wyrobienie sobie potrzebnych nawyków i instynktownych reakcji bez potrzeby wydawania mnóstwa pieniędzy na sprzęt, transport, wpisowe, mechaników itd. Nie ma jednak takiej możliwości, żeby simracer był w stanie wsiąść prosto do bolidu F1 i być konkurencyjny, tak samo jak zawodnik gokartowy. Nie byłby w stanie sprostać takiemu wyzwaniu – konkluduje Kuba Brzeziński.

 Spostrzeżenia kierowcy Williams Esport podziela również sam Max Verstappen. W jednym z wideo zamieszczonym na oficjalnym kanale Red Bulla, Holender wnikliwie analizował zalety i wady simracingu z punktu widzenia kariery w F1. I choć na ten moment w rzeczywistej rywalizacji nie czuje presji ze strony simracerów, to docenił ich klasę i umiejętności.

– Spotkałem wielu dobrych kierowców sim, również w moim zespole mamy wielu dobrych facetów. To niewiarygodne, jak szybcy są. Nie wątpię, że są bardzo precyzyjni, wiedzą dokładnie, co robią, wiedzą, jak jechać szybko, ale w prawdziwym życiu odczucie prędkości, siły G, czy siły wkładanej w naciśnięcie pedału hamulca jest inne. Wiem, że możesz trenować, ale nie zastąpisz doświadczenia z rzeczywistej jazdy – ocenia Verstappen.

Czy jednak ktokolwiek, kto zaczynał na symulatorze może w przyszłości zostać mistrzem świata F1?

– Nigdy nie mów nigdy. To oczywiście trudne, ale jeśli ktoś otrzyma odpowiednie wskazówki i spędzi wystarczająco dużo czasu na torze, to kto wie? – skonstatował kierowca Red Bull Racing.

 „Dzieci simracingu” na podium Grand Prix Formuły 1, czy chociaż uczestniczący w rzeczywistej rywalizacji na torze, z pewnością ucieszyłyby wszystkich amatorów kierownicy przytwierdzonej do monitora. To jednak na ten moment melodia bliższej lub dalszej przyszłości. Za to już dziś nie trudno wskazać inne korzyści, jakimi simracing i Formuła 1 wzajemnie się obdarowują i które już dziś dają efekty.

Potencjał simracingu

– Simracing pozwolił F1 dotrzeć do rzeszy młodszych fanów, którzy są jej wielkimi fanami, skoro wolny czas poświęcają na ściganie się online. Gdyby nie F1, to simracingu w takim wydaniu pewnie by nie było, bo to jednak chęć poczucia tych samych emocji co najlepsi kierowcy świata skłania ludzi do kupienia kierownicy i odpalenia symulatora. Powstanie F1 Esports było jednym z pierwszych kroków, który zapoczątkował bardzo szybki rozwój simracingu. Przez lata to było tylko weekendowe hobby, w którym nikt nie myślał o jakichkolwiek zarobkach, a właśnie w czasie, gdy ruszył pierwszy sezon F1 Esports simracing zaczął przeradzać się w coś dużo większego. Oczywiście złożyło się na to wiele czynników i samo F1 nie było głównym powodem, ale oficjalne wzięcie simracingu pod skrzydła Królowej Motorsportu na pewno dużo pomogło – analizuje ten aspekt Kuba Brzeziński.

Symbioza simracingu z Formułą 1 jest jednak coraz bardziej widoczna i nie ma już od niej odwrotu. Najbardziej wymiernym efektem jest powstanie F1 Esport Series, która w tym roku świętuje już swoją 5. edycję. O sile wirtualnej rywalizacji, F1 przekonało się zwłaszcza w pierwszym roku pandemii. To właśnie wtedy rywalizacja esportowa stała się substytutem zawieszonych realnych wyścigów i trafiła ze swoimi transmisjami do telewizji sportowych. W Polsce wirtualne wyścigi w sezonie 2020 pokazywała telewizja Eleven Sports, notując bardzo obiecujące wyniki oglądalności i popularyzując tego typu rywalizację wśród zwykłych użytkowników gry F1.  

 – F1 Esports było bardzo dużym krokiem naprzód dla simracingu. Hardkorowe środowisko simracingowe ubolewa, że największa seria organizowana jest na grze, która nie zalicza się do symulatorów, ale na pewno ma to też swoje plusy, bo przyciąga duże zainteresowanie ze strony „niedzielnych” graczy.  Oczywiście nigdy nie będzie on osiągał takich wyników jak prawdziwa F1 i zawsze będzie tylko albo aż jej wirtualną wersją, ale już teraz takie stanie w cieniu F1 pozwala kierowcom i zespołom w tej serii na zarabianie dużych pieniędzy i posiadanie bardzo dużego prestiżu w świecie simracingu – potwierdza Kuba Brzeziński. – Zainteresowanie na pewno będzie trwałe. Dużą zaletą simracingu jest uniezależnienie się od pory roku czy lokalizacji, co oznacza, że zawody mogą być organizowane w grudniu, a kierowcy jechać mogą na niemieckim, amerykańskim czy japońskim torze tego samego dnia. Co również ciekawe, simracing jest jednym z niewielu rodzajów esportu, w którym nie występuje przemoc, co jest bardzo atrakcyjne dla sponsorów i również pcha naszą branżę do przodu – dodaje kierowca Williams Esport.

Efektem tej nagłej i nieco niespodziewanej ekspozycji simracingu było zwiększenie zainteresowania sponsorów wirtualną rywalizacją i powstanie lub rozwój innych cykli zawodów o zasięgu lokalnym i międzynarodowym. Świetnym przykładem są wyścigi Porsche Esports Sprint Challenge Poland, w ramach których od 2020 rozgrywane są oficjalne Mistrzostwa Polski w Digital Motosporcie, organizowane przez Polski Związek Motorowy.

Zarówno w ubiegło- jak i tegorocznej rywalizacji wystąpiło ponad 1300 kierowców, a transmisja z zawodów oprócz naturalnych dla esportu mediów internetowych, trafiła również na antenę Eleven Sports. W tym roku, licząc z powtórkami, zawody doczekały się 18 emisji telewizyjnych, a oglądalności sięgnęły nawet 55 tysięcy widzów, co jest wynikiem lepszym od transmisji wielu realnych rozgrywek sportowych. Według badań Kantar Bank i ESE Entertainment estymowana wartość ekwiwalentu reklamowego PESCP wzrosła z 300 tysięcy złotych w 2020 roku do miliona 420 tysięcy w roku 2021. Z kolei wartość ekspozycji partnera wydarzenia wzrosła z miliona 550 tysięcy złotych do 3 milionów 350 tysięcy w roku bieżącym. Prawie czterokrotnie z 21 do 78 milionów wzrósł natomiast zasięg medialny wydarzenia i związanych z nim informacji.

W ten sposób „kanapowa” rozrywka z domowego salonu przeniosła się na salony świata sportu i to w wyścigowym tempie. Ot taki efekt motyla, którego trzepot skrzydeł w Ohio potrafi spowodować burzę piaskową w Teksasie.

Autor: Grzegorz Mędrzejewski / ESE Entertainment