wstecz

Stadion w Anglii, boisko w Walii – Chester FC nie może wpuszczać kibiców

11 milimetrów – tyle w sezonie 2018/19 zabrakło Liverpoolowi do mistrzostwa Anglii. Wspólna obrona Johna Stonesa i Edersona po strzale Sadio Mane okazała się kluczowym zdarzeniem w kontekście ostatecznego rozkładu tabeli. W tej historii margines błędu jest nieco większy, bo wynosi kilkadziesiąt metrów, ale konsekwencje finansowe są już proporcjonalne. Klub Chester FC nie będzie mógł wpuszczać kibiców na trybuny, mimo że w Anglii jest to dozwolone. Powód? Ich boisko znajduje się za walijską granicą.

– Jesteśmy angielskim klubem! – grzmi w mediach Andrew Morris, właściciel Chester FC. Nigdy wcześniej nie sądził, że przyjdzie mu kłócić się o tak absurdalny problem. Piłka nożna w Chester zawsze była angielska – od 1885 roku, kiedy założono Chester City, przez upadek tego klubu, aż po narodziny Chester FC dekadę temu. Dziś podopieczni Steve’a Watsona rywalizują w National League North (szósty szczebel angielskiej piramidy ligowej).

We wczesnych latach 90., zachwiał się poziom zaufania Anglików do trybun na stadionach piłkarskich. Tragedie w Bradford i Hillsborough doprowadziły do napisania „Raportu Taylora”, czyli zbioru rekomendacji dotyczących bezpieczeństwa kibiców. W 1992 roku, przy Bumpers Lane w Chester, oddano do użytku najnowocześniejszy pod tym kątem obiekt w kraju – Deva Stadium.

Kiedy miejscowy klub ogłosił upadłość, miasto wydzierżawiło stadion dzisiejszym gospodarzom, Chester FC. Wtedy jeszcze nikt się nie spodziewał, że angielski klub, grający na stadionie należącym do angielskiego miasta, nadzorowanym przez angielską policję, może podlegać walijskiemu prawu. Kiedy się natomiast patrzy na mapę, sprawa wcale nie jest tak zero-jedynkowa.

 

Jak widać, całość boiska znajduje się po stronie walijskiej. Adres stadionu określa się jednak patrząc na jego główne wejście, które w tym przypadku, łącznie z parkingiem i niektórymi biurami, jest w Anglii.

Na granicy polsko-czeskiej kogut zniósł jajko…

Nikt w klubie nigdy nie uwzględniał przynależności Chester FC do Walii. Ich nietypowo umiejscowiony stadion był ciekawostką przytaczaną na „pub quizach”, a jedyną uznaną przez kibiców koneksją z krajem Cymru jest ponad 100-letnia rywalizacja z Wrexham (klubem, który obecnie należy do Ryana Reynoldsa). Kiedy walijska federacja przygotowała fundusz dla klubów poszkodowanych przez pandemię, nie przyznano zasiłku Chester, jako że są angielskim klubem.

 

Teraz związek zmienił zdanie.

Od końca grudnia Walia mierzy się z poziomem drugim obostrzeń pandemicznych, co oznacza, że dozwolone są jedynie zebrania nieprzekraczające 50 osób. W międzyczasie, Chester FC rozegrało dwa mecze na własnym stadionie – z AFC Telford oraz AFC Fylde, oba przed ponad 2-tysięczną widownią.

Tydzień później, walijski rząd uznał, że boisko należy do ich kraju i z tego względu podlega ich obostrzeniom covidowym. Na tej zasadzie, oskarżono Chester FC o dwukrotne złamanie zakazu zgromadzeń. Spotkanie obu stron konfliktu nie przyniosło żadnych rozstrzygnięć – walijska policja przekazała jedynie, że dalsze zapełnianie trybun będzie karane.

I co teraz?

Cała ta historia, rodem z zadania wymyślonego na rzecz podręcznika do nauki prawa administracyjnego, może mieć nadzwyczaj przykre zakończenie dla Chester FC. Klub, w którym większość udziałów należy do kibiców, utrzymuje się niemal w pełni z wpływów z dnia meczowego. Opustoszenie trybun, zdaniem zarządu, mogłoby doprowadzić do upadku klubu, po raz drugi grzebiąc futbol w mieście Chester.

Zanim jednak klamka zapadnie, obie strony i ich prawnicy gimnastykują się, by wypracować rozwiązanie. Podczas gdy zarząd Chester próbuje udokumentować swoją przynależność do Anglii, Walijczycy najpierw zanegowali brak możliwości przyznania zasiłku, a potem… zasugerowali wystawienie telebimu na parking przed stadionem, po stronie angielskiej. Absurd goni absurd.

Do momentu znalezienia rozwiązania (lub zmiany obostrzeń w Walii), klub zawiesił rozgrywanie meczów na swoim boisku.

autor rafał hydzik