wstecz
Światy tymczasowe

Zastanawialiście się kiedyś – czym dla Was jest futbol? Gdzie znajdują się granicę jego obecności w waszym życiu? Postrzeganie meczu piłkarskiego jako zwykłego wydarzenia czy rozrywki jest oczywiście zupełnie normalne. Są jednak takie miejsca, społeczności i kultury, w których futbol odgrywa bardzo ważną, jak nie kluczową rolę. I to właśnie w takie miejsca zabiera nas Dawid Kaczmarski, poszukując odpowiedzi na pytanie – Dlaczego futbol generuje w nas tak duże emocje?

Współczesne areny

Wychodziliśmy z „Ula” niepocieszeni. Najbardziej z nas wszystkich James – przedstawiciel trzeciego w swojej rodzinie pokolenia kibiców Woking Football Club. Tamtego lutowego popołudnia  gospodarze stadionu The Hive w północnym Londynie, Barnet F.C., okazali się górą w spotkaniu, w  którym widzieliśmy wszystko od czerwonej kartki, przez komicznego samobója, po podobno  pierwszą w meczu Woking od lat, interwencję policji. Końcowy gwizdek, zgoła wyczekiwany w  sektorze gości, którego co bardziej czupurna część zdążyła już wcześniej wyśpiewać, że chce do  domu (this place is a shithole, I wanna go home), wyznaczał zatem początek smętnego,  deszczowego przemarszu przez szpaler takich samych domków szeregowych w poszukiwaniu stacji metra. 

Johan Huizinga, analizując przed ośmioma z okładem dekadami naturę zabawy jako zjawiska kulturowego, pisał o jej przestrzennym ograniczeniu. Arena, scena czy ekran filmowy wyznaczają  obszar, na którym obowiązują szczególne prawa – w tych tymczasowych światach inne, niż w  świecie zwyczajnym. Być może patrząc z zewnątrz, tak to właśnie wygląda. Przypuszczam jednak,  że ów, skądinąd wybitny, holenderski historyk, mógłby się zdziwić, widząc współczesne miasta gospodarzy ważnych spotkań piłkarskich opanowane przez karnawałowy tłum bynajmniej nie tylko w granicach meczowej czasoprzestrzeni. Nie trzeba do tego zresztą finału mistrzostw świata. Na  takim Anfield, na przykład, wyjście ze stadionu w zwykłą ligową sobotę jest niemal jak „trzecia  połowa”. Najpierw trzeba wydostać się na ulicę wraz z tłumem, który dopiero dalej, zakręt po  zakręcie, rozchodzi się w różnych kierunkach. Bywa, że aż do ikonicznego Pier Head w centrum  miasta nie idzie się, nomen omen, samemu. 

Zegar na stadionie w Lille wskazywał na 85 minutę meczu, kiedy zmiennik Wes Hoolahan posłał piłkę w kierunku pola karnego Włochów. Tam dopadł do niej Robbie Brady i precyzyjną „główką” pokonał wychodzącego z bramki Gianluigiego Buffona. W kilka minut później Irlandia świętowała awans do fazy pucharowej Euro 2016, a Conor postanowił, że zadzwoni do Helen. Właściwie to postanowiła za niego Sally Rooney, której mikroopowiadanie opublikowało nieco ponad rok po francuskim turnieju czasopismo New Statesman. Dla przyszłej autorki „Normalnych ludzi”dramatyzm zabawy to asumpt do intymnych wyznań, na które zdobywają się jej bohaterowie, z których jedno nie było nawet owej zabawy naocznym świadkiem. 

Z całą pewnością, na gruncie emocjonalnym teren gry nie wyznacza granic jej przeżywania. Nie zawsze musi być jak u Rooney. Czasem (zazwyczaj?) jest tylko smętne milczenie. Myślę, że Huizinga był tego świadomy. Byle do metra. Jak po porażce z Barnet. 

Globalna gra

– Tu jest największe Colosseum świata. Milion ludzi, których tajemny sens wiąże i entuzjazm brataśledzi match footballowy. Ricardo Zamora, człowiek-barykada, zatrzymuje piłkę wystrzeloną spod Uralu i wysyła ją za Atlantyk. W swoim wierszu Kazimierz Wierzyński ukazał to, czemu w 2019 socjolog i historyk sportu David Goldblatt poświęcił grubo ponad 500 stron swojej książki „The Age of Football”. Piłka nożna jako global game. W tej drobiazgowej podróży przez piłkarskie kontynenty  spotkamy i bhutańskich bębniarzy zapewniających oprawę na meczu ze Sri Lanką, i polskich  kibiców w czasie pielgrzymki na Jasną Górę. Bodaj najbardziej fascynuje jednak opis kolorytu  futbolowej gorączki w krajach Północnej Afryki i Bliskiego Wschodu (dla Goldblatta sięgającego, niezupełnie bez racji, głęboko w centralną Azję). 

Mamy tu opustoszałe miasta w czasie El Clásico i przykład Erbilu, w którym zwycięstwo danej  drużyny uświetnia parada odpowiedniej grupy fanów. Zupełnie jakby to lokalny zespół okrył chwałą cały Kurdystan, a nie odległe Madryt czy Barcelona dopisały sobie trzy oczka w ligowej  tabeli. Prawdę mówiąc, nie zawsze muszą one być aż tak dalekie. Wystarczy po prostu obwieścić,  jak kibice witający Real w Maroku, że oto Królewscy przybyli do „swojego drugiego domu” by związek na odległość nabrał bliskości. Nawet jeśli tylko dla nich samych. 

Nie musi być li tylko na odległość. „Bój się nas reżimie” śpiewali fani kairskiego Al Ahly, kiedy przed dekadą na Placu Tahrir najnowsza historia Egiptu wjeżdżała na nowe tory. Goldblatt pisze o trzech siłach, które od Sahary po Hindukusz, to łączą się w nieoczywistych sojuszach, to ścierają się  w wojnie wszystkich ze wszystkimi. Reżim, ulica, meczet. Opresja, ruchy obywatelskie, prawa kobiet, fundamentalizm, oświecenie i inne duże słowa – kto wie, może to właśnie na stadionie  najlepiej widać dynamikę znaczeń, które im przypisujemy. I może dlatego to właśnie w tej  nieoczywistej części świata należy dziś szukać odpowiedzi na pytanie, po co nam ta piłka. 

„Katalonia to nie Hiszpania, Kurdystan to nie Irak” głosił kiedyś jeden z banerów na Camp Nou.  Pisząc ten tekst na wrocławskich Krzykach, zerkam z satysfakcją na swoich ulubionych piłkarzy, Senegalczyka i Egipcjanina, którzy po golach na stadionie w Leeds wykonują sujud (akt niskiego pokłonu lub pokłonu Allahowi – przyp. red.). 

– I pokażcie mi teraz – gdzie, w jakich teatrach, milion widzów wystrzeli takim wielkim głosem.  Wierzyński pytał retorycznie. 

If he scores another few then I’ll be Muslim too. 

Globalna gra, bloody hell

Na własnych zasadach

Jak każde urugwajskie dziecko, chciałem być piłkarzem. Eduardo Galeano zaczyna swoje „Blaski i cienie futbolu” od wyznania. – Grałem całkiem nieźle. W zasadzie byłem niesamowity, ale tylko w nocy, w moich snach. Za dnia byłem największym drewnem, jakie postawiło stopę na małych boiskach w moim kraju. Choć nie uważam, że kiedykolwiek jest za późno na bakcyla to jednak jego wczesne złapanie, jak w przypadku Galeano, ma niewątpliwe uroki. Chociażby takie, że można,  czytając ostatnią Kopalnię zamienić się na chwilę w turystę do własnego dzieciństwa. Plaster na nos Marcina Mięciela, wycinki z Piłki Nożnej Plus no i, rzecz jasna – Marek Citko – może i nie  najlepszy piłkarz świata, ale spróbowalibyście powiedzieć to na moim podwórku w ’97. 

A może być jeszcze sobotnia wizyta u babci. Jonathan Wilson w jednym z numerów Blizzarda wspominał, jak przy ich okazji słyszał stadionowe okrzyki z położonego nieopodal Roker Park. Jako dziecko wkradał się na niego na ostatnich dwadzieścia minut, kiedy bramy były już otwarte.  Mecze Sunderlandu już zawsze będą miały dla niego smak babcinych ciastek imbirowych. To dobrze. Kto po obejrzeniu „Sunderland 'Til I Die” – nie chciałby w pierwszym odruchu dać kibicom tej  drużyny wszystkich ciastek świata, ten ma sopel lodu zamiast serca. 

Nie wiem, czy to nostalgia zaprowadzi Wilsona na najbliższy mecz. Nie wiem, czy zainspirować mogą w tej kwestii powidoki Kurdystanu czy Egiptu. Wiem, że część z tych, którzy przy jakiejś  okazji wybiorą się na Anfield, by oklaskiwać najsławniejszego z Egipcjan, zapewne nie odmówi  sobie wizyty w pobliskim pubie The Albert. Nie odstraszy wczesna pora, jeśli przyjdzie grać w sobotnie południe. Światy tymczasowe rządzą się przecież swoimi prawami. 

Półkole trybun płonie niczym aureola, 

(…) 

Tętni okrzyk stadionu: gola, gola, gola!