wstecz

UEFA ułatwia bogaczom zakupy

Co robi mająca ogromne problemy wizerunkowe FIFA, wynikające ze zwlekania do ostatniej chwili z decyzją o wyrzuceniu reprezentacji Rosji i rosyjskich klubów ze swoich struktur? Nic, czeka na kolejne wygłupienie się przez UEFA. Jak donosi „New York Times” europejska centrala znów majstruje przy Financial Fair Play, tak żeby najbogatsi mieli łatwiej, a różnice między czołówką a resztą stawki w europejskim futbolu stawały się jeszcze większe.

Dla niewtajemniczonych: Financial Fair Play zostało wprowadzone nieco ponad 10 lat temu. Ogólny zamysł i idee były słusze – zasypać przepaść finansową pomiędzy najbogatszymi a najbiedniejszymi zespołami rywalizującymi na europejskiej scenie. Oczywiście nikt nie wierzył, że różnice uda się w 100 proc. zniwelować, ale chodziło o to, by nie były one tak skraje jak obecnie. Pomóc w tym miało wprowadzenie limitu wydatków na pierwszą drużynę, które nie mogły przekraczać przychodów. Tzn. jeśli taki Manchester United w sezonie 2019/20 zarobił 81,18 mln euro na sprzedaży Romelu Lukaku i Ashley’a Younga do Interu, a także transferze Matteo Darmiana do Parmy i wypożyczeniu Chrisa Smallinga do AS Romy, to mogła wydać na transfery i pensje właśnie tyle. Oczywiście doliczyć należy kwotę, którą klub „zaoszczędza” wykreślając sprzedanych piłkarzy z listy płac i wpływy z biletów, praw do transmisji telewizyjnych czy pieniądze od sponsorów. Nic ponadto.

W rzeczywistości w tym samym sezonie United wydało na rynku 234,80 mln euro, kontraktując Odiona Ighalo (12 mln euro), Daniela Jamesa (17,80 mln euro), Aarona Wan-Bissakę (55 mln euro), Bruno Fernandesa (63 mln euro) oraz Harry’ego Maguire’a (87 mln euro). Wymienione 234,80 mln euro to zatem wyłącznie kwota przeznaczona na wykupienie poszczególnych piłkarzy z ich klubów, nieuwzględniająca premii za podpisy, prowizji menadżerskich i co najważniejsze – kontraktów. Zdaniem angielskich mediów łączna kwota wydana na wyżej podanych zawodników oscyluje w granicach pół miliarda euro. Nikt przy zdrowych zmysłach nie uwierzy, że United tyle zarobili w jeden sezon.

Do jeszcze większych absurdów dochodziło w PSG, które w jednym okienku potrafiło zakontraktować Leo Messiego, Gianluigiego Donnarummę, Sergio Ramosa, Georginio Wijnalduma i Achrafa Hakimiego, a już wcześniej miało i utrzymywało na kosmicznych kontraktach m.in. Neymara, Kyliana Mbappe, Angela Di Marię czy Mauro Icardiego, już nie wspominając o Marquinhosie czy Marco Verattim. Kompletną niemoc UEFA wobec notorycznego łamania Financial Fair Play najlepiej podsumował wiceprezydent tej federacji Zbigniew Boniek:

 

70%, nie licząc dotacji właścicielskiej

Teraz teoretycznie coś z tym fantem próbuje zrobić UEFA, ale wygląda na to, że zamiast zacząć ścigać i karać tych, którzy kompletnie olewali FFP, chce im dać furtkę, która pozwoli im unikać sankcji, a sama UEFA będzie mogła umyć ręce mówiąc – przeginają, ale robią to w granicach przepisu. Nie podoba nam się to, niu niu nieładnie, no ale co my możemy zrobić?

Brzmi absurdalnie i może jesteśmy nadwyraz krytyczni, ale jak nazwać pomysł, wobec którego – w największym możliwym skurcie – nowe FFP będzie oznaczało ograniczenie wydatków na pierwszą drużynę nie do ilości wszystkich przychodów, lecz do 70%, z tym że wyliczenia nie będą obejmowały dotacji właścicielskich.

Czytaj: powiedzmy, że takie PSG zarobiło na sprzedaży zawodników, ich kontraktach, umowach sponsorskich, biletach i prawach telewizyjnych 300 mln euro. Zgodnie z nowym FFP będzie mogło przeznaczyć na nowych piłkarzy (cena za wykup+kontrakt+prowizje menadżerskie i inne opłaty) 210 mln euro. A co jeśli będzie chciało wydać np. 250 mln euro? Opcje są trzy: albo tego nie zrobi, albo to zrobi i zostanie ukarane, albo… brakujące 40 mln euro będzie musiało pochodzić z dotacji właścicielskiej. Nie budżetu klubowego, nie kredytu, pożyczki itd., tylko od właściciela.

W praktyce będzie jak zwykle, czyli rządzący paryskim gigantem katarscy szejkowie wyjmą z tylnej kieszeni brakującą kwotę i będzie po temacie. Jak niby ma to pomóc w zasypaniu różnic między najbogatszymi a najbiedniejszymi? Tego nie wie chyba nikt. Jak można mówić w tych okolicznościach o wyrównywaniu szans np. dla Ajaxu Amsterdam, który świetnie szkoli i potrafi sprzedawać wychowanków czy też pozyskiwanych wcześniej za stosunkowo niewielkie pieniądze piłkarzy?

Jeśli Ajax w danym okresie będzie w dołku, bo np. szybko odpadnie np. z Ligi Mistrzów i nie zdoła przez to w tym sezonie wypromować żadnego zawodnika, to chcąc podnieść swój poziom sportowy, będzie mógł wydać zaledwie 70% i tak pomniejszonego przez powyższe okoliczności przychodu. Jeśli przekroczy limit, a właściciel nie będzie chciał lub nie będzie mógł dosypać z własnej kieszeni, to klub czeka:

  • kara finansowa
  • jedna z nowych sankcji w postaci degradacji np. z Ligi Mistrzów do Ligi Europy lub Ligi Europy do Ligi Konferencji
  • w skrajnym przypadku wyrzucenie z europejskich rozgrywek w danym sezonie

Jak mawia znany polski komentator – w UEFA ktoś pomylił odwagę z odważnikiem, chcąc wprowadzić takie zmiany. „New York Times” ujawnia, że zakładają one także trzyletni okres przejściowy, w trakcie którego kluby będą mogły wydawać do 90% uzyskanego przychodu. Najpierw nowy regulamin FFP musi zostać przegłosowany na zarządzie UEFA, który odbędzie się 7 kwietnia. Oby do tej pory władze europejskiej piłki poszły po rozum do głowy, chociaż akurat na to nie ma co liczyć. Jedne co się liczy w tej zgniłej federacji, to kasa.

Fot. Pixabay

Piotr Janas
Piłka nożna
Translate »